mar
07

TOKYO MARATHON 2013

Temat utworzony przez Piotr Smoleński


TOKYO MARATHON 2013



  Tokyo Marathon 2013

  
  
Zaczęło się od przypadku. Kiedyś przeglądałem w necie strony z maratonami na świecie. Jednym z nich był maraton w Tokio. Szansa, aby w nim wystartować była mniej więcej taka sama jak udział w maratonie nowojorskim, tak więc nie było nic do stracenia.
Zapisy zaczęły się 1 sierpnia i miały potrwać miesiąc. Limit wynosił 36 tys. uczestników. Z tego 30tys. dla takich samych biegaczy jak ja, 3tys. dla darczyńców  (wystarczy wpłacić 100.000 yenów – 1100$) a reszta to pula którą organizator dysponuje wg własnego uznania (sponsorzy elita etc).
Pierwszego dnia zapisów zgłosiło ponad 30.000 chętnych, a do końca sierpnia 304.508. Potem następowało zamknięcie zapisów, a o wszystkim miało zadecydować losowanie. Szansa na wylosowanie wynosiła dokładnie jak 1 : 10,4 . Tymczasem pod koniec września dostaję maila z informacją, że mi się poszczęściło. Na decyzję mam 48h. Trzeba uzyskać zgodę w domu,  wpłacić wpisowe (12.000y – 130$) i zająć się logistyką.
Decydujemy się z Izą wyjechać we dwoje. To pierwszy raz, kiedy mamy zostawić córki same na ponad 5 dni. Jeśli chodzi o bilety lotnicze to tradycyjnie decyduję się na współpracę z Travelidą i p.Adamem. Szczęsliwie na rynek wchodzą nowe linie lotnicze (Quatar Airlines & Emirates Airlines) oferujące loty na Daleki Wschód. Wszystkich przebija Aerofłot z międzylądowaniem w Moskwie w cenie 1900zł za bilet w dwie strony. Tego samego dnia rezerwuję hotel w Tokio.
 
Pozostaje zająć się przygotowaniami do samego biegu. Po maratonie w Stambule w połowie listopada i 2 -3 tygodniach względnego odpoczynku zabieram sie do intensywnych przygotowań. Zwiększa się kilometraż i intensywność treningu. Po długich wybieganiach z Wojtkiem widzę, że wszystko idzie w dobrym kierunku. Obiecująco wypadają pierwsze starty w biegach górskich w Falenicy. Czas ucieka, ale w głowie coraz częściej pojawia sie myśl, aby złamać 3,30h. Tymczasem na początku stycznia po kolejnym niedzielnym wybieganiu budzę się rano z potwornym bólem lewego stawu skokowego. Dokładnie to samo co kilka miesięcy wcześniej.
Już wtedy zdiagnozowano zapalenie i zwapnienie więzadła trójgraniastego i konflikt w przednim przedziale stawu skokowego. Udało się zaleczyć, aż do tej pory. USG oprócz starych spraw mówi o awulsyjnym oderwaniu się blaszki kostnej w miejscu przyczepu ścięgna. Diagnoza – niech pan sobie daruje to bieganie, i tak trzeba zrobić artroskopię i czyszczenie całego stawu. Dostaję leki i postanawiam przechytrzyć lekarzy. 3 tygodnie rozbratu z bieganiem i kontrolny start w Chomiczówce. Noga boli, ale decyduję się na początku lutego na 3 delikatne treningi. Kończy się tak jak musiało się skończyć czyli na kolejnej wizycie u ortopedy. Krotko charakteryzuje on moje postępowanie: `` Zachowuje sie pan jak kierowca samochodu rajdowego, który nie ma w silniku oleju. Jak już całkowicie zatrze pan silnik to przychodzi pan do nas jak do warsztatu..``
Mimo wszystko z Tokio nie zrezygnuję i decyduję się na blokadę. Na wszelki wypadek postanawiam nie robić już najmniejszego treningu.
 
Do Tokio dolatujemy w piątek w południe po ponad 14 godzinach. Sama podróż nie jest taka straszna. Aerofłot lata Airbusami (wypełnienie samolotu nie przekracza 50% więc miejsca jest dużo), a catering jest naprawdę dobry. Najbardziej obawiam się różnicy czasu. Wynosi ona 8 godzin, a do startu pozostaje zaledwie półtora dnia. Wcześniej dostaję od Ewy specjalną tabletkę na sen. Postanawiam użyć jej pierwszej nocy w hotelu. Drugą noc, tuż przed startem trzeba będzie jakoś przeżyć.
 
Sobota z rana to przede wszystkim odbiór pakietów startowych. Musimy dostać się do centrum wystawowego Tokyo Big Sight położonego na sztucznej wyspie nad Zatoką Tokijską. Można się tam dostać napowietrzną kolejką magnetyczną łączącą centrum Tokio z terenami nadmorskimi.
To pierwsze spotkanie z ultranowoczesnym miastem. Po kilku minutach podróży orientujemy się, że jedziemy całkowicie bezobsługowym pojazdem. Wszystkim steruje komputer w oparciu o system kamer. Od razu rzuca nam się w oczy nieprawdopodobny porządek oraz czystość.
Do końca pobytu nie mogliśmy się nadziwić, gdzie Japończycy wyrzucają śmieci – nie spotkaliśmy w ogóle koszy. Zabronione jest także palenie na ulicy z wyjątkiem kilku miejsc specjalnie wydzielonych dla palaczy.
 
Marathon Expo tylko na początku przypomina coś, co zdarzyło mi się widzieć kilka razy wcześniej. Tokijskie expo poraża skalą, logistyką odbioru poszczególnych elementów pakietu. W tej rzece ludzi trudno sie nie pogubić, choć dopiero po chwili orientuję się,że jesteśmy wszyscy prowadzeni jak po sznurku. Każdy trafia tam, gdzie ma trafić, sfotografować tam, gdzie trzeba, wypić to co dają, zagrac w to co chcą.
My z Izą i tak staramy się redukować kolejne ``atrakcje`` jak tylko można. Wszędzie loterie, prelekcje, gry zręcznościowe, a wszystko to przy ogłuszającym nagłośnieniu i przekrzykiwaniu się nawoływaczy. Trochę zmęczeni i oszołomieni po dwóch godzinach uciekamy z pakietem. Uff....
 
Reszta dnia to zwiedzanie. Nie będę opisywał szczegółów, bo to i tak można znaleźć w przewodnikach.
To co zwraca szczególną uwagę to spokój i porządek na ulicach miasta. Samochodów niewieIe, autobusy cichutkie, cisza. Większość to hybrydy. Przeciętnego Japończyka nie stać na podróże samochodem. Parkingów nie ma. Miejsca parkingowe to wysokie budynki, gdzie podjeżdża sie samochodem, po otwarciu bramy wjeżdża się na podest windy, następnie wychodzi z samochodu i naciska na przycisk z kodem. Winda wynosi samochód na odpowiedni wolny poziom, a nastepnie systemem ruchomych podłóg ustawia go na odpowiednim miejscu. 
Ludzi na ulicach w trakcie godzin pracy niewiele. I tak ma wyglądać jedno z najbardziej ludnych miejsc na ziemii?
Odpowiedź znajdujemy dopiero po wejściu do metra. To tam pod ziemią znajduje się drugie miasto. Można iść kilometrami i mijać nie kończącą się rzekę ludzi. Na głównych stacjach w godzinach szczytu są specjalnie zatrudnieni pracownicy, którzy upychają pasażerów do metra tak, aby można zamknąć drzwi.
Metro przez pierwsze dwa dni pozostaje dla nas dużą niewiadomą. Istnieje 9 prywatnych linii metra plus kilka JR (Japan Railways). Nie istnieje żaden ujednolicony system płatności. Płacisz nie tylko za trasę którą przejechałeś, ilość przystanków, ale też za stację na której wysiadłeś. A może ona należeć do drugiej linii. Co więcej nazewnictwo w języku innym niż japoński jest bardzo skromne. Przed wyjazdem próbowałem to rozwikłać w Wikipedii, ale prawie 20 stron opisu tylko pogłębiło moje sfrustrowanie.
 
Wieczorem pasta party przed startem. Organizator nie zapewnia, w związku z tym decydujemy się z Izą na indywidualny wypad.
I tu miłe zaskoczenie na plus. W okolicach hotelu udaje nam sie znaleźć jedną z wielu sympatycznych knajpek, gdzie serwowane są dania typowo regionalne na zasadzie gorącego kociołka. To parujący kociołek z zupą, makaronem sobu i w naszym przypadku owocami morza. Cena za porcję to 8-9 $.  Ogólnie jedzenie i produkty żywnościowe są zbliżone cenowo do polskich.
 
Dzień startu to przede wszystkim ukończyć bieg i zdobyć upragniony medal. To uzależnione będzie od cholernej nogi. Cel wtórny to spróbować przebiec poniżej 4 godzin, jakbym się wracał o 2 lata wstecz.
Start maratonu znajduje się w najnowocześniejszej dzielnicy stolicy Japonii tuż przy budunku Tokio Metropolitan – 47 piętrowego ratusza (koszt budowy to ponad 1 mld USD$).
 Organizacja startu doskonała. Na podstawie numeru startowego dochodzi się do swoich ciężarówek z depozytem, później strzałki prowadzą do własnego sektora startu. Wszystko to na poziomie  - 1 miasta. Stąd widać, że wszystkie wysokościowce stoją na ogromnych betonowych palach stanowiacych ochronę przed trzęsieniem ziemi. Trafiam do sektora D, za mną E, F, G, H , I, J i każdy z nich coraz większy.
Niebo błękitne, słońce wschodzi, mimo to temperatura ok. 5 C i okropny wiatr. Byłem na to przygotowany. Jako jeden z nielicznych mam na sobie worek na śmieci a ponadto folię termoizolacyjną z poprzedniego maratonu. Jak by nie patrzeć to mój 9 start i coraz mniej rzeczy powinno mnie zaskoczyć.
Wokół sami przebierańcy – Myszka Miki, Spider Man, Króliczek Playboya, Komputer, Urzędnik w Garniturze, Para Młoda, ....słowem cyrk.
Za chwilę przemowy oficjeli – Tokio Marathon dołączył do World Marathon Majors (6 najważniejszych maratonów na świecie), a samo Tokio chce zostać oraganizatorem Igrzysk Olimpijskich 2020.
Z zegarkiem w ręku o 9.10 strzał startera.
Nieco ponad 3 minuty później przekraczam linię startu. Jest lekko z górki i lekko z wiatrem. Zakładam tempo 5,30s/km, aby mieć lekki zapas.
Jest bajecznie, podziwiam kolejne arterie Tokio. Pilnuję tempa, żeby nie za szybko,  mimo to po 5 km średnie wychodzi 5,25/km.  Na 10km mój Garmin wskazuje, że przebiegłem już ponad 270mts więcej na 15km ponad 400mts więcej , a po 20 km prawie 600mts. Wtedy też zaczynam odczuwać
pierwsze oznaki zmęczenia.
Tempo bardzo miarowo spada. Brak przygotowania zaczyna dawać sie we znaki. Na szczęście noga nadal nie boli.
Myśli skupiam na 25km. Tam będzie Iza z odżywkami.
Tłum w którym biegnę powoduje, że to ja pierwszy odnajduję ją w umówionym miejscu. Biorę żel i czekam kolejny punkt spotkania i Izą na 31km po zrobieniu agrafki na trasie. Tempo biegu spada, wyraźnie słabnę. Zaczynam mieć wątpliwości co do złamania 4 godzin.
Moje tętno od 15km jest na poziomie 160b/m, od 20km 168b/m i 30km – 180b/m. Z fizjologicznego punktu widzenia juz widzę, że sie zajechałem.
Na 31km jest Iza i tam też pojawia się chyba ostatni raz uśmiech na mojej twarzy. Teoretycznie do tej pory biegłem z pewnym zapasem, tyle że we wszystkich obliczeniach trzeba teraz wziąć poprawkę - na jeden kilometr więcej biegu. W rzeczywistości Garmin na mecie wskazał mi dystans 43,170mts.
Na 32 km mijają mnie baloniki na 4 godziny. Masakra. Czyli jest aż tak żle?
Przełączam Garmina na inne funkcje. Nie chcę już oglądać koszmarnie wysokiego tętna i oddalam myśl o niuchronnej scianie. Teraz wszystkie myśli skupiam na pomarańczowych balonikach. Kolejne 3-4 km zasuwam nie widząc nic innego na trasie. Na 35 km baloniki zaczynają odjeżdżać nieuchronnie w tempie 5,15/km. To mi daje do myślenia, że na pewno biegną na 4 godziny ale netto, a startowali być może parę sektorów za mną.
Czyli trzeba sie się skupić tylko i wyłącznie na swoim czasie netto. Na ostatnich kilometrach powinienem więc biec poniżej 6 min. Brzmi śmiesznie prosto, ale ja mam wrażenie że z każdym krokiem skurcz chwyta mnie coraz mocniej. To już nie bieg, ale naciąganie palców stopy na siebie, aby odroczyć skurcz.
I tak do mety. To już nie przyjemność , a udręka. Po co ja to robię?
W zółwim tempie zbliża się meta. Tym razem bez euforii, ale z dziką satysfakcją pokonania własnych słabości.
Czas 3.59.11sek
W innych warunkach bułka z masłem, ale nie tym razem.
 
Nastepnego dnia wszelkie schody stanowiły dla mnie nie lada wyzwanie, podobnie jak każdy zwykły krok. Ale cóż to takiego jak na szyji wisiał medal.
 
Powrót do Polski to kolejne zaskoczenie. Dom wysprzątany, a na nas czeka gorący pyszny obiad. Nastolatki też zdały egzamin.
 
 
 

Dodaj komentarz
12 komentarze(y):
Wczytywanie wcześniejszych komentarzy
Wczytywanie listy