cze
11

ING NIght Marathon Luxembourg 08.06.2013 - relacja

Temat utworzony przez Agnieszka Wójcik


ING NIght Marathon Luxembourg 08.06.2013 - relacja


Pakiet na maraton w Luksemburgu był moim prezentem na 30. urodziny, z października, kiedy to cieszyłam się jeszcze całkiem pokaźnym ciążowym brzuszkiem.

A że czas szybko leci, przyszła pora kiedy trzeba było zająć się praktycznym przygotowaniem do wyjazdu. I jak tu pokonać te 1300 km w jedną stronę? Trochę daleko jak na jazdę samochodem, a połączeń lotniczych z Polski nie ma… Bardzo byłam więc zadowolona, że udało mi się znaleźć całkiem wygodne i tanie rozwiązanie. Samolotem  Ryanair do Frankfurtu za 150 zł od osoby w obie strony a potem wynajem samochodu, żeby dotrzeć do odległego o 120 km Luksemburga. Super.

Miasto piękne, zadbane, kosmopolityczne, a jednocześnie kameralne. Malowniczo położone na kilku wzgórzach połączonych mostami i okalane średniowiecznymi murami.  Przesiadujemy godzinami w ogródkach przed knajpkami na głównym placu, czytamy gazety, sączymy zimne piwko i przyglądamy się zadowolonym przechodniom. Słońce świeci i jest jak w niebie.
Kolejnego dnia relaksujemy się  w podobny sposób, jednak atmosfera z godziny na godzinę  robi się coraz gorętsza – przecież wieczorem maraton, a my już paradujemy po mieście w koszulkach TTT z numerami startowymi. 

Wieczór. Czekamy na start pośród dziesięciotysięcznego tłumu biegaczy. Już wiemy, że łatwo nie będzie – trudno w Luksemburgu znaleźć kawałek płaskiej trasy. No nic, przynajmniej będzie przygoda. Wystrzał. Start.

Na trasie nie da się nudzić. Cały czas zbiegi i podbiegi. Nie ma długich, nużących odcinków, cały czas zakręty, zawrotki, place, uliczki, parki… Luksemburg to nie jest duże miasto, a gdzieś te 42 kilometry trzeba wybiegać.  Na trasie co kawałek animacje, głównie zespoły grające na bębnach sambę. Ale przede wszystkim kibice. Tłumy rozradowanych ludzi, gorąco zagrzewających do biegu właściwie wzdłuż całej trasy. Wiwatują, trąbią, machają, śpiewają. Wspaniale. Czujemy się jak bohaterowie. W takich warunkach nogi aż rwą się do przodu, jednak  cały czas powtarzam sobie ‘nie daj się ponieść, jeszcze wiele kilometrów przed tobą’. Gorący doping pozwala zapomnieć o trudach stromych zbiegów i długich podbiegów. Humoru nie psuje nawet ostrzeżenie od lokalnego biegacza, że druga połowa biegu jest znacznie trudniejsza.

Co dziwne, prawie wszyscy biegacze przede mną mają na plecach kartkę z liczbą ‘21’, co oznacza, że wybrali opcję półmaratonu. Jeszcze inni mają na plecach napis ‘Team run’ – Ci zwykle biegną szybciej niż reszta.   Po 16 kilometrze trasy obu dystansów się rozdzielają. Okazuje się, że zostaje nas bardzo mało. Teraz wyraźnie dominują karteczki ‘Team run’ a prawdziwych maratończyków jak na lekarstwo.

Nic to. Robię swoje, choć powoli się ściemnia, a i tłum na trasie się przerzedził. 35 kilometr – nagły ścisk w płucach, coś jakby kolka, ale to jednak nie to. Nie mogę złapać oddechu. Czuję, jak robi mi się słabo. Zatrzymać się? Za kawałek punkt odżywczy. Chwila marszu, woda, puściło – biegnę dalej.

Wybiegamy z centrum – teraz już tylko kilka kilometrów do mety, hali LuxExpo położonej na obrzeżach miasta, w dzielnicy biznesowej. Ciemno. Trasa szeroka, pusta i cały czas pod górkę. Kibiców brak, przecież nikt tu nie mieszka a i biegaczy mało – nie wyglądamy już tak zjawiskowo jak rozbiegany tłum z pierwszych kilometrów. Zresztą  dobrze. Nie stać mnie już na spektakularne zrywy wśród okrzyków kibiców. Nawet o uśmiech wdzięczności byłoby ciężko.  Wiem, że biegnę źle i źle wyglądam.  Teraz już jestem tylko ja, moje zmęczenie i ból. I ten cholerny, niekończący się podbieg.

41 kilometr. Znów skurcz chwyta mnie za płuca i nie pozwala oddychać.  Dobrze, że to już końcówka, inaczej bym się zatrzymała. Jakoś dam radę. Wbiegam do hali – czerwony dywan, różnokolorowe światła, spiker wykrzykuje coś przez megafon. Przekraczam metę. Jestem zbyt otumaniona i wyczerpana, by czuć jakiekolwiek emocje. A już na pewno nie radość. Czas bardzo słaby. Nawet bym się nie spodziewała.  Tyle wysiłku, warto było? Po co? Nie stać mnie na żadne wnioski – chcę się położyć, odpocząć, przecież jest środek nocy…  Przemek przynajmniej jest w stanie trzeźwo i zdecydowanie stwierdzić, że bieganie maratonów to jednak głupota i już kolejny raz nie da się w to wrobić. A może zdążył się trochę otrząsnąć, bo dobiegł 15 minut przede mną… Też dostał nieźle w kość.

Następnego dnia Przemek zdania nie zmienia, a we mnie powoli rośnie uczucie satysfakcji, że dałam radę. Przecież czas to nie wszystko. Ważne, że nie zatrzymałam się nawet na kawałek. A przecież łatwo nie było. To był maraton dla twardzieli. Dlatego spośród 10 000 startujących tylko około 10% podjęło się pobiec cały dystans.

Jestem pewna, że jeśli wybralibyśmy opcję półmaratonu, wynieślibyśmy z tej imprezy wspaniałe wspomnienia super zabawy , radości, świątecznej, sportowej atmosfery. Nasze wspomnienia będą inne. Bieganie maratonów to raczej nie frajda, za to pozwala dowiedzieć  się czegoś nowego o sobie.  I planów nie zmieniam  - mój szósty maraton przewidziany na wrzesień w stolicy.

Dodaj komentarz
9 komentarze(y):
Wczytywanie wcześniejszych komentarzy
Wczytywanie listy