lis
13

French Riviera Marathon 2013

Temat utworzony przez Piotr Smoleński


French Riviera Marathon 2013

                          FRENCH RIVIERA MARATHON 2013

 

Najlepsze pomysły rodzą sie przy piwie. Tak było i tym razem. Lato, bar ``Nad Stawem`` i omawianie kolejnego startu przy złocistym napoju. Humory dopisują i rodzą się plany na następne biegi. Gdzie i kiedy? Listopad, bo koniec sezonu biegowego i możliwość wykorzystania wolnego dnia w pracy. Gdzie? Najlepiej tam, gdzie ciepło i błękitne niebo. Spojrzenie w kalendarz jesiennych maratonów i błysk w oku – Maraton w Nicei.

Wojtek chwyta pomysł od razu, namawia Ewę (chyba nawet nie musiał), a ku naszej radości Rafał zapala się do pomysłu i już mamy ekipę sześciu osób w tym czterech uczestników maratonu.

Jest czerwiec sporo czasu do startu i nadzieja na sympatyczny wyjazd na maraton ze znajomymi na Lazurowe Wybrzeże. Brzmi słodko i anielsko. Tylko czekać na wyjazd.

Tymczasem z chłopcami dzieje się coś niepokojącego. Wojtek drastycznie zrywa z nałogiem nikotynowym. Rafał przez kolejne miesiące nie daje się namówić nawet na najmniejszą szklaneczkę piwa. Ja, patrząc na swój mięsień piwny zaczynam wpadać w komleksy.

Kończy się bieganie dla przyjemności, zaczyna - prawdziwy trening. Razem z Wojtkiem zwiększamy kilometraż i intensywność. Rafał kamufluje się do tego stopnia, że tylko nieoficjalnie dowiadujemy się o kolejnych kosmicznych życiówkach które bije na zawodach. O szczegółach treningu ani mru mru. Jedynie tajni  agenci informują nas o kolejnych gubionych przez niego kilogramach i wyczynach na siłowni.

Wspólne ostatnie, długie, niedzielne wybiegania wskazują na to, że na trasie obok przyjaźni będzie też niezła walka. Tydzień przed wyjazdem wreszcie wypalamy fajkę pokoju przy naszym ulubionym złocistym napoju. Śmiejemy się, że faceta nawet miłość nie jest w stanie tak zmotywować do poprawy zachowań, jak rywalizacja z innym  ogrem.

Z  radością jemy i delektujemy się złocistym napojem w ilościach nie przystających nie tyle maratończykom co, normalnym chłopakom z Tarchomina. Zdjęcia trafiają do Andrzeja i poważnie boimy się czy nie skreśli nas z listy członków klubu.

Na kilka dni przed wyjazdem dostajemy od Wojtka wiadomość, że podczas ostatniego,  krótkiego treningu naderwał mięsień dwugłowy uda. Cała radośc pryska zamieniając się w troskę. To nie tak to miało wyglądać. Wiemy, ile pracy i samozaparcia każdego z nas kosztowały przygotowania do startu.

Wojtek staje na głowie, robi badania. Okazuje się że to ``tylko`` naderwanie włókien i jest jeszcze szansa. Z krwii wytaczany jest czynnik wzrostu i wstrzykiwany do mięśnia. To błyskawicznie przyspiesza proces regeneracji. Diagnoza jest taka, aby startował, ale przy najmniejszym bólu dał sobie spokój. Dobre i tyle.

Do Nicei docieramy w piątek. W hotelu wiekszość to maratończycy. Atmosfera typowo sportowa. Wieczorem spacer po starówce i kolacja w knajpce przy prowansalskim jedzeniu. Jedynie cena piwa stawia nas do pionu. To nie Tarchomin.

Sobota to odbiór pakietów startowych i ciągłe sprawdzanie prognozy pogody. Trasa z Nicei do Cannes prowadzi odkrytymi terenami nad Morzem Śródziemnym w kierunku południowo zachodnim. Bajeczna widokowo, jednak w przypadku przeciwnego wiatru zupełnie bezlitosna. Już od tygodnia wiatr, jego siła i kierunek były naszym głównym tematem rozmów. Zapowiedzi niestety fatalne. W niedzielę w dniu maratonu miał przechodzić nad Francją silny front atmosferyczny z wiatrem dochodzącym do 100km/h. Kierunek północno-zachodni miał mieć dla nas fatalne skutki.

Tymczasem po odbiorze pakietów startowych wybraliśmy się do Monaco. Trasa pociągiem jest niezwykle malownicza. Trwa około 30min i prowadzi po zboczach Alp Śródziemnomorskich tuż nad rozbijającymi się o skały falami. Mijamy małe miejscowości z pięknymi willami. Widoki fantastyczne, a na dodatek – to słońce.

W Monte Carlo spacerujemy przy bajecznie wypasionych jachtach zastanawiając się nad ich ceną. Przy Casino Royal mamy szansę zobaczyć jednocześnie 5 Ferrari. Nie może obyć się bez fotki. Wracając częścią toru Formuły 1 w fantastycznym miejscu nad portem jachtowym znajdujemy knajpkę. To czas na nasze pasta party. Pasta Party w Monte Carlo – to dopiero brzmi. Teraz i my czujemy sie jak bogowie. Wojtek czuwa nad oprawą fotograficzną. Dziewczyny robią za modelki. Słońce opala nasze boskie ciała. To ostatnie chwile przed jutrzejszym dniem.

Postanawiamy wpaść z krótką wizytą do Księcia Alberta. Wcale nie musi po nas wysyłać samochodu. Sami wspinamy się po 400 schodkach na szczyt wzgórza. Niestety nie poinformawał nas, że chwilowo jest nieobecny i z popołudniowej kawki nici. Widoki z terenu pałacu na całe księstwo fantastyczne. Gorzej, że wiatr już pokazuje swoją siłę. Meteorolodzy tym razem niestety mają rację.

Niedziela zaczyna się kolektywną pobudką o 6 rano. Teraz jesteśmy już jednym teamem. Nam facetom jest zdecydowanie łatwiej. Jest nas trzech, razem idziemy do tego samego sektora, razem zaczynamy. Gorzej ma Ewa. Jest jedynaczką w naszej ekipie. Wcześniej sporo chorowała i więcej czasu spędziła  na antybiotykach niż na treningu. To jej drugi maraton, ale niepokoimy się jak sobie poradzi.

O ósmej strzał startera. Plan był taki, aby pierwsze 5 km zacząć po 5,05/km, następne 10km po 5,00/km, następne 10km po 4,55/km, następne po 4,50/km, a potem jak bozia da. To miało w dobrym układzie pozwolić na złamanie 3h28min.

Pierwsza piątka poszła planowo po 5,03. Sympatyczna pacemakerka na 3,30 była ok.150mts przed nami. Ale tak miało być. Kolejna dycha lekko poniżej 5,00/km i dystans do flagi na 3,30 nic się nie zmienił. Ciągle była jedynie w zasięgu wzroku. Wojtek mimo, że miał zacząć asekuracyjnie po 5,15/km twardo trzymał tempo. Noga nie bolała, ale tętno było niepokojąco wysokie. Na 15km przekraczało już nieźle ponad 170ud/min. Mimo to Wojtek nie zwalniał. Na połówce był przed nami i straciliśmy go niemal z oczu. Początkowo trasa maratonu  wiedzie Promenadą Anglików długą na prawie 4km, aby dotrzeć do lotniska w Nicei. Tuż za lotniskiem następuje pierwsza zmiana sztafety maratońskiej składającej się z 6 zawodników, z których każdy pokonuje dystans od 4 do 9km. Takich sztafet zapisanych było ok.350 czyli dodatkowo 2100 biegaczy. Ponadto wystartowało prawie 1000 dwuosobowych ekip w których każdy z biegaczy pokonywał połówkę maratonu. To wszystko sprawiało pewien zamęt i niewątpliwy tłok na trasie. O ile początek trasy prowadzi dość szerokimi alejami o tyle w dalszej części biegu ścisk dawał nam się mocno we znaki.

Na 15km przebiegamy przez Marina Baie des Anges - elegancki port jachtowy z monumentalnymi apartamentowcami w kształcie dwóch żagli. Widoki piękne (jeszcze mamy siłę zwracać na nie uwagę) niestety wąskie uliczki i dodatkowo zrobiona podwójna agrafka powoduje pierwsze korki. Wybiegając z mariny okazuje się że balonik na 3,30 znów uciekł na 200metrów. Dodatkowo międzyczasy wskazują na minutowe opóźnienie w planie biegu. Teraz najważniejsze jest dołączyć do grupy i schronić się przed wiatrem. Po chwili mijamy Hipodrome de la Cote d`Azur by wbiec do Fortu Carre. Tu uliczki są wąskie na max 5 metrów i przydają się łokcie. Przeskakujemy kolejnych biegaczy i rozpoczynamy drugą połówkę biegu. Wojtek nieco zwalnia, żeby uspokoić tętno.  

Wiatr staje się zabójczy. Nasza pacemakerka też odczuwa zmęczenie, holując wielką flagę.Nie jest w stanie utrzymać tempa. Na 30km strata do zakładanego planu wynosi ponad 2 minuty. Pozostaje zostawić grupę i samemu zmierzyć się czasem oraz wiatrem. Z pobieżnych wyliczeń wynika, że trzeba nadrobić ok 10 sek na każdym z ostatnich 10 km. Najgorszy jest 40kilometr. Przebiegamy przez cypel gdzie wiatr przeciska się z jednej zatoki do drugiej. Dosłownie stawia nas w miejscu. Sprawdzają się prognozy pogody mówiące o porywach dochodzących do 100km/h.

Teraz już tylko dobiec. Pal licho czas. Dać wreszcie odpocząć wszystkim mięśniom. Rafał na mecie opowiadał, że przez ostatnie kilometry modlił się swoją naprędce wymyśloną modlitwą. Brzmiało to mniej więcej tak: ``Aniele Boże, Stróżu mój, spraw, żeby ten cholerny wiatr już przestał wiać`` I dostosował rytm modlitwy do biegowego kroku.

Wreszcie meta w Cannes naprzeciwko Hotelu Carlton. Co prawda mało nas interesował podobnie jak pawilony Fesiwalu Filmowego.

Teraz czekamy aż wszyscy dobiegną.

Mnie nie udaje się złamać trzech i pół godzin. Zabrakło 33 sekund. Rafał kończy bieg w czasie 3.36,00.    Wynik Wojtka to 3,51,22.      Ewa przybiega w naprawdę dobrej formie z czasem 5.03 z sekundami

Słońce wychodzi zza chmur, a my wszyscy idziemy na plażę. Aż nie chce się wracać do hotelu.  Zaczynamy celebrować nasze życiówki. Co prawda apetyty były nieco większe i pozostaje pewien niedosyt, ale co się odwlecze....  Tym bardziej, że w planach kolejny wyjazd – do Pragi.

Kolejne półtora dnia to zwiedzanie Nicei i inne przyjemności, ale o tym mam już zakaz pisania J

 

 

Dodaj komentarz
6 komentarze(y):
Wczytywanie wcześniejszych komentarzy
Wczytywanie listy