sie
26

Reykjavik Marathon

Temat utworzony przez Piotr Smoleński


Reykjavik Marathon

                                       Reykjavik Marathon

 

Islandia, zaledwie 300 km od koła podbiegunowego, lato i dzień polarny. Sierpień. Już po najważniejszym maratonie roku. Życiówka w Łodzi była zwieńczeniem ciężkich miesięcy zimowo-wiosennych treningów, tak więc maratoński weekend na Islandii był wisienką na torcie. Pomysł i plany zaczęły się w grudniu ubiegłego roku. Przelot kombinowany przez Monachium i Hamburg do Reykjaviku znaleziony na skyscanner.com już w grudniu. Długo i niewygodnie, za to dużo taniej.

Do Keflaviku międzynarodowego portu lotniczego Islandii docieramy o północy w czwartek. Po godzinie ruszamy w 50-minutową podróż do Reykjaviku. Znajdujemy nasz malutki pensjonacik i tu niespodzianka. Zamknięte. Dzwonimy 15 minut – nikt nie otwiera. Jest 2 w nocy, a właściciele mieszkają gdzieś indziej. Dzwonimy. Przez telefon zaspana właścicielka każe nam zdjąć obudowę pudełka obok drzwi, wcisnąć kod i wypada zapasowy kluczyk. Uff.... Wreszczie do łóżeczka.

W przeciwieństwie do cen warunki bardzo skromne. Pokoik malutki. Za to atmosfera rodzinna. Jak w domu u cioci. Na dole można zostawić buty, w pokoju szlafroki. Parter to miejsce spotkań dla wszystkich mieszkańców. Połączenie holu, kuchni i salonu. Lodówki z półkami  dla każdego pokoju. Zamrażarka na własne jedzenie. Kawa, herbata do woli. Poza tym mnóstwo informacji turystycznych. Takie trochę luksusowe schronisko turystyczne.

Po pełnych 5 godzinach snu nie chcemy tracić ani chwili. Wypożyczamy rowery i w drogę. Pogoda nieprawdopodobna – bezchmurne niebo i pełne słońce. Islandia, a my na krótki rękaw. Mimo wszystko bardzo rześko. Zwiedzamy Reykjavik ścieżkami rowerowymi. Mijamy zatokę z portem, Harpa Cocert Hall – coś na wzór opery w Sydney zbudowanej pod koniec XX w. i jedziemy wokół półwyspu. Po drodze Iza nie może oderwać wzroku od eleganckich, nobliwych pań w słusznym wieku grających w golfa. Docieramy do kompleksu basenów na otwartym powietrzu. Pełno ludzi. Lekko zdezorientowani patrzymy na wielki termometr. Wskazuje pełnych 14 stopni C. Znad basenu unosi się para – wody geotermalne. Jesteśmy głodni, a odbiór pakietów startowych dopiero za dwie godziny. Po drodze znajdujemy osiedlową pizzerię.Jest kelnerka. Grzecznie dopytujemy się o menu, przy okazji wymieniając uwagi po polsku. Wtedy na jej twarzy pojawia się promienny uśmiech. To Polka od 8 lat  mieszkająca w Reykjaviku. To nasz człowiek na tej odległej wyspie. Przy okazji daje nam kilka praktycznych wskazówek. Mimo, że herbata lub plasterek ciasta drożdżowego może kosztować 15 zł, to wodę z cytryną i miętą zawsze możesz mieć za darmo. Przynajmniej to, bo ceny nas naprawdę później powaliły.

Wreszcie odbiór pakietów. Szybko, sprawnie, bez problemu. Targi skromne, ale jedynie w kontekście ekspozycji, bo cena za Boosty Adios – 300Euro już robi wrażenie. W miejsce pasta party dostałem paczkę makaronu do ugotowania w domu.

Za 61 Euro to i tak nieźle, bo dostałem też czerwoną koszulkę (nie mają gustu). Po przejechaniu ponad 30 km szybko oddajemy rowery.

Wyruszamy na autokarową wycieczkę po Islandii. Pierwszy puntkt programu to Park Narodowy Pigvellir. Historycznie to miejsce, gdzie zbierał się pierwszy na świecie demokratyczny parlament – 930 r. 4000 Wikingów, Celtów i ich potomków decydowało o losie kraju. Ale przede wszystkim to miejsce, gdzie znajduje się geologiczna granica między Ameryką Północna i Europą. Tu ścierają się, a właściwie rozchodzą dwie płyty tektoniczne. I to bardzo szybko, bo z szybkością 2,5 cm rocznie. Wrażenie robią dwa masywy górskie pomiędzy którymi robi się rozpadlina powoli zalewana jeziorem zasilanym wodami z topniejących lodowców. Podobno kwesią czasu jest podział Islandii na dwie części.

Wkrótce docieramy do Srokkur. To kraina gejzerów. Tak naprawdę na to czekaliśmy. Z daleka czuć siarkowodór. Ziemia pod nogami wydaje się gotować. Chodzimy ścieżkami wokół gotujących się źródeł. Wreszcie jest. Ten jeden jest szczególnie aktywny. Co 5-10 minut strzela fontanną na 10-15 metrów. Wszyscy sie tego spodziewają, mimo wszystko zwłaszcza panie wydają za każdym razem pełen przerażenia okrzyk. Przewodnik dodatkowo podgrzewa atmosferę. To niespełna kilkadziesiąt kilometrów stąd znajduje się wulkan, którego 4 lata temu wybuch zablokował nad Europą ruch lotniczy na kilka tygodni. Teraz też jest aktywny. W ostanich 4 dniach odnotowano ponad 400 mikro wstrząsów, a okoliczne miejscowości zostały ewakuowane.

Dalej znajduje się Gulfoss. To drugi największy na świecie wodospad zasilany wodami topniejącego latem lodowca. Jest gigantyczny i naprawdę robi wrażenie. W taki dzień jak nasz, przy bezchmurnej pogodzie dodatkowo powstaje tęcza, więc zdjęcia wychodzą tak pięknie, że aż kiczowato. Wracamy o 23. Do maratonu 9 godzin.

Na start o 8.40 zaledwie kilkaset metrów. Rozgrzewka na sąsiednich ulicach. Poza tym Iza w pogotowiu z całym osprzętem – fotograficzno-logistycznym.  Atmosfera piknikowa, zwłaszcza dla mnie. 1000 osób w maratonie, 2000 w półmaratonie. Poza tym sztafety maratońskie, bieg na 10km, Lazy Run dla leniuchów i mnóstwo innych biegów dla dzieci.

Na trzecim km biegnąc w koszulce TTT nagle podbiega do mnie chłopak i mówi ``Tarchomin pozdrawia Tarchomin``. Nawet nie zapytałem się na jakim dystansie biegł  i jak go poznać. Może się odezwie????? Trasa sympatyczna. Po początkowych kilometrach i sporym tłoku zwłaszcza druga połówka jest pełna uroku. Biegniemy głównie ścieżkami rowerowymi po najbardziej atrakcyjnych częściach miasta. Kibiców mało, bo sam Reykjavik liczy raptem ok. 150 tys. mieszkańców, za to widoki na zatokę i okoliczne plaże – piękne. Biegnę i zwiedzam. Rozglądam się. Na 30km pada mi Garmin. W innej sytacji chyba bym puścił wiązankę, a teraz myślę sobie – jak fajnie.Nie muszę się koncentrować na cholernym zegarku. Ostatnie 2 km to radość zbiżającego się finiszu. Meta. Iza czujnie z aparatem uwiecznia te piękne chwile. Cel – poniżej 4 godzin, zrealizowany. Jest medal z kolejnego pięknego kraju. Czas na celebarcję i odpoczynek. W planach wyjście na żródła geotermalne. Tego dnia dla wszystkich maratończyków za darmo. Pozostali słono płacą. Problem w tym, że trzeba dojść ok. 3-4km. Komunikacja miejska z uwagi na maraton praktycznie nie działa. Czyli odpoczynku nie będzie, a koncentrujemy się na celebracji. Ze znalezieniem sklepu nie ma problemu, piwa w nim też. Ale w kolejce do kasy okazuje się, że to piwo jest praktycznie bezalkoholowe.

I tak potraktować Polaka po 42 km? I tu wskazówka praktyczna dla wszystkich. W Reykjaviku jest jeden sklep, nazywa się Liquor Shop obok Irish Pub, gdzie można kupić piwo, a nawet coś więcej. Wyśmienity holenderski GROLSCH jest trochę tańszy niż nasze TYSKIE, które kosztuje jedyne 15 zł (w sklepie).

Wieczorem rezygnując z basenów wyruszamy w miasto. 23 sierpnia to Islandzki Dzień Kultury. Wszystkie ulice pozamykane. Do wczesnego popołudnia święto biegowe, a potem karnawał. Nasz pensjonacik skromny, ale w samym sercu wydarzeń. Na każdej ulicy ustawione na przenośnych truckach sceny rockowe, folkowe, zumba dance, i tysiące innych.

W kraju, gdzie gęstość zaludnienia wynosi 3 osoby/km kwadratowy nie można się przecisnąć na ulicy. W kraju, gdzie nie można kupić normalnego piwa, zbierający puszki stają się milionerami. To jest noc, która jest tylko raz w roku. O 23 zaczyna się pokaz fajerwerków.

To, głównie na tę atrakcję ściąga większość Islandczyków.

Następnego dnia wylot wcześnie rano.

 Minęło 55 godzin od chwili kiedy pierwszy raz zobaczyliśmy Islandię.

A w październiku ...

 

Dodaj komentarz
6 komentarze(y):
Wczytywanie wcześniejszych komentarzy
Wczytywanie listy