lis
03

Moje australijskie Pearl Harbour

Temat utworzony przez Piotr Smoleński


Moje australijskie Pearl Harbour

                                    Moje australijskie Pearl Harbour

 

Pod  koniec 1941 roku w trakcie najbardziej krwawych walk II wojny światowej Ameryka była oazą stabilności i dobrobytu. W tym okresie czerpała kolosalne zyski z handlu ze wszystkimi, którzy potrzebowali pomocy. Amerykańscy żołnierze w swoich luksusowych koszarach na plażach Hawajów oczekiwali na sygnał do walki. To co stało się 7 grudnia 1941 przerwało ich słodki sen. Tego dnia nastąpił zaskakujący i druzgocący atak japoński na Pearl Harbour. Największą bazę floty i lotnictwa amerykańskiego na Hawajach. Zaskoczenie było zupełne, podobnie jak zniszczenia z drobnymi wyjatkami – ocalały 2 lotniskowce, które wcześniej wypłynęly w morze.. Amerykanie zostali znokautowani na kolejnych kilkanaście miesięcy.

Maraton w Melbourne to bez wątpienia wyzwanie zarówno finansowe, jak i logistyczne. Same zawody miały być jedynie motorem wyjazdu, nie jego celem. Stąd gros uwagi było poświęcone stronie organizacyjnej , a nie sportowej. A, że maraton nie przebacza miało się wkrótce okazać.

Miasteczko maratońskie, expo, foldery etc. To jedno wielkie rozczarowanie. Brak informacji jak dojechać na miejsce startu, brak planu sytuacyjnego strefy startu, gdzie depozyty. Jedynie ludzie przesympatyczni. Uśmiechnięci , życzliwi i skłonni do pomocy nawet bez pytania.

Wielki dzień startu w moim przypadku poprzedzony był trzema bezsennymi nocami. Najpierw 28 godzinna podróż samolotowa, później całonocne czytanie książki w toalecie, żeby nie przeszkadzać Izie. Zdesperowany decyduję się ostatniej nocy na Innovane – cudowny środek na głeboki fizjologiczny sen. Dla pogłębienia efektu tak na sen decyduję się na piwo.

Następnego dnia razem z Markiem moim towarzyszem eskapady na antypody prawie spóźniamy się na start. Metro kursuje dopiero od ósmej, a nasz start jest o siódmej. Łapiemy taxi, część drogi podbiegamy i na 10 minut przed startem wchodzimy do sektorów.

W międzyczasie jestem w kontakcie z Elą. Poleciała do Australii tydzień wcześniej robiąc program krajoznawczo-turystyczny z drugiej strony. Dała sobie czas na aklimatyzację i walkę z 10-godzinną różnicą czasu. Dla Eli wynik w Melbourne to kwestaia kwalifikacji na przyszłoroczny NY. Stąd pełna profeska. Niestety mieszka u znajomych pod Melbourne i nie mamy czasu się spotkać. Mamy się wypatrywać podczas biegu, tym bardziej, że jest mnóstwo agrafek.

Start poprzedzony dźwiękami austarlalijskiego hymnu wysłuchany w ciszy. Nie to co o u nas. Założenia to spokojny, ale żwawy bieg na czas 3,45 ponad 20 minut gorszy od życiówki. Żadnych szaleństw, rozsądnie. Wychodzi ok. 5,15/km , a więc z głową.Na pierwszych kilometrach pojawia się myśl, że to spokojne spacerowe tempo wcale dzisiaj nie jest takie komfortowe. Przed wyjazdem zepsuł mi się Garmin, biegnę wg zwykłego stopera. Wszystko OK dopóki są oznaczenia kilometrowe na trasie. A z tym kiepsko. Na 5 km odpuszczam zupełnie zająca prowadzącego na 3,40. Dwa kilometry dalej mój żołądek się buntuje. Nigdy nie lubił chemii z żeli, odżywek,  gripexu branego od tygodnia i cudownego Innovane. A, że nie można być miękką fają biegnę dalej. Na 12 km wiem, że spotkam Elę. Tam na torze Formuły 1, będącej fragmentem naszej maratońskiej trasy są pierwsze 2 agrafki. Na pierwszej wyrywam Elę z muzycznej kontemplacji mocno gestykulując rękami. Biegnie super ok. 100 metrów przed grupą na 3,30. Po dwóch kilometrach kolejna agrafka. Tym razem Ela z daleka mnie wypatruje i radośnie macha ręką. Widać, że jest w super formie. Dopada mnie kryzys. W zasadzie nie wiem jaki, ale biegnie mi się coraz ciężej. Dobiegamy do 18 km. Kolejna  agrafka  przy promenadzie na Oceanem. Wypatruję gdzie Ela. Jak automat biegnie swoim tempem 200m przed pacem na 3,30. I wtedy czuję ból. W mostku. Na początku normalny, później zaczyna mi brakować oddechu. Kolejne 500m to dylemat czy stanąć. Jeszcze nigdy mi się to nie zdarzyło, więc walczę. Na 20km staję. Idę i po chwili zaczynam najgorsze 22 km swojego życia. Ściana na 30-35 km OK, ale na 20? Koszmar. Zaczynają mnie mijać kolejni pacemakerzy – na 3,50, wkrótce na 4,00.

Podczas kolejnej agrafki przed 30km widzę Elę. Schowała się w grupie na 3,30 i kontroluje sytuację. Ma zapas, bo na NY i tak wystarczy jej 3,35. Ja przechodzę w marszobieg. Gdyby nie taka eskapada już dawno bym zszedł. Ciało nie działa. Uruchamiam głowę. Na 30 km zeruję stoper i zakładam się sam ze sobą czy pobiegnę następne 10km szybciej od  życiówki Izy. Na 32 km sympatyczna pacemakerka na 4,10 zachęca mnie do biegu. Bezradnie rozkładam ręce. Zaczynają mnie wyprzedzać wszyscy. Bez wyjątku. Nie jestem w stanie dotrzymać kroku komukolwiek. Rozpacz – ci wszyscy śmieszni truchtacze są dla mnie uosobieniem Kenijskiej elity. Nie pamiętam widoków, ludzi, zabytków, tuneli, drapaczy chmur. Jest rozpacz. Teraz tylko chce rozpaczliwie dotrzeć do mety i mieć ten cholerny medal. Mija mnie pacemaker na 4,20. Wymyślam dla głowy kolejną zabawę. Przetruchtać do najbliższszych świateł na skrzyżowaniu. Potem możesz iść. Po chwili kolejne światła i sytuacja się powtarza. Na 40km sprawdzam czas ostatniej dychy. Ponad 1,20h. Iza ze swoim czasem zostawiłaby mnie już dawno i była na mecie. Rozpaczliwie poszukuję ludzi podobnie cierpiących jak ja. Przecież do mety jeszcze 2 km, a to wieczność. Od kilku kilometrów przed oczami miga mi koszulka z napisem Michelle. Teraz to mój cel. Razem z Michelle mijamy się co 100metrów w zależności od tego kto idzie, a kto truchta. Śmigamy w tempie 7,40 – 8,00/km. Biegnę na piętach, bo skurcze nie pozwalają inaczej.

 Meta. Szukam Izy. Nie ma jej. Od dawna szuka mnie w miasteczku maratońskim. W końcu wpadamy na siebie i szczęśliwie znajdujemy kawałek miejsca pod dachem. Leżę i lewituję. Iza polewa mnie wodą, a mnie jest dobrze. Wiem, że nic nie muszę robić , a na pewno biegać.

Tora tora tora – to japońskie hasło miało oznaczać zupełne zaskoczenie wroga podzcas ataku na amerykańską bazę na Hawajach. Ja przeżywam swoje Pearl Harbour. Jestem pokonany.

Przyczyny – cały czas nad nimi myślę i jest ich mnóstwo. Brak odpowiedniego przygotowania, aklimatyzacji, choroba, oddanie krwii kilka dni wcześniej, brak snu, działanie leków, przecenienie własnych możliwości i masę innych. Maraton jeszcze raz dał naukę pokory.

Tymczsem Ela w świetnym stylu kończy bieg w czasie 3,31 i załatwia sobie kwalifikację na NY. Z naszego wieczornego spotkania nici. Do końca dnia leżę w łóżku z częstymi przerwami na odwiedziny toalety.

Na szczęście następnego dnia miała się zacząć największa przygoda wakacyjna życia, która mam nadzieję przyćmi moje maratońskie Pearl Harbour.

Po wynajęciu samochodu ruszyliśmy Wielka Drogą Oceaniczną w kierunku Adelajdy, aby zobaczyć 12 Apostołów. Wspaniałe ostańce skalne na południowym wybrzeżu, podobne do klifów w Dover. Powstały w wyniku erozji skalnej pod wpływem prądów morskich z Antaktydydy. Potem ruszamy w kierunku stolicy – Canberry.

Po drodze poznajemy życie na prowincji. Przez  dni pokonujemy 2000km w kierunku Sydney. Okrywamy małe prowincjonalne motele, bezkresne drogi, małe miasteczka. Spotykamy ludzi i jesteśmy zaskoczeni jak pozytywne konotacje ma nasz kraj i nasi rodacy.

Żywimy się po drodze w różnych miejscach. I właśnie w jednej z knajpek słuchamy opowieści Australijczyka, którego przyjacielem jest Polak. Opowiada nam historię zamachu na Kutcherę, ucieczki partyzantów i bohaterski skok do Wisły z Mostu Kierbedzia do Wisły w akcie desperacji po obławie Niemców.

Docieramy do Narodowego Parku Kościuszki. Marzeniem Marka jest zatknąć polską flagę na najwyższym szczycie Austarlii. Specjalnie z Polski wiezie naszą flagę z drzewcem. Opowiada mi o biegu który australijska Polonia organizuje corocznie na sam szczyt. Odbywa się latem i przypomina bieg na nasz Kasprowy. Niestety jest wczesna wiosna i już na przełęczy ok. 1600npm. pojawia się śnieg. Marek nie daje za wygraną. Wyciągiem krzesełkowym dostaje się na 2000m npm. i dalej  chce wbiec na szczyt. Niestety strój i obuwie sportowe nie nadają się na pokonanie 4 km odcinka na szczyt i ponad metrowych zasp śniegu.

Ruszamy do Sydney. Za zakrętem miła niespodzianka. Na poboczu spaceruje emu. Zatrzymujemy się i robimy sesję zdjęciową.

Docieramy do Sydney. Jest powalające. Obok Rio najpiękniejsze miasto na świecie.

Szereg zatok nad którymi jest położone widać dopiero ze Sky Tower – wieży widokowej. Zanim wjedziemy na taras widokowy odbywamy wycieczkę 4D po Australii. Okulary na nosie dają efekt 3D, ale w momencie serfowania na desce windsurfingowej dodatkowo leci para wodna dając uczucie walki z oceanem.

Kultowa Opera w Sydney zapiera dech w piersiach. To jedna z niewielu budowli na świecie na którą można patrzeć i podziwiać bez końca. Polegujemy z Izą na promenadzie obok i nie chce nam sie ruszyć. Słońce pięknie grzeje. Szwedzkie samoczyszczące się na deszcu kafelki pokrywające fasadę budowli cudownie lśnią na słońcu. Przeżywamy chwile, których się nie zapomni.

Następnego dnia czas na relaks. Zgodnie ze wskazówkami Eli katamaranem -ścigaczem płyniemy (fruniemy z szybkością ponad 70km/h) w kierunku Watson`s Bay. To mała zatoczka ze złocistym piaskiem. Miejsce wytchnienia dla wielkomiejskiego pośpiechu. Fish and chips (ryba z frytkami) obowiązkowy zestaw obiadowy umila nam obserwację regat na zatoce.

Kolejny etap to australijski outback czyli interior. Docieramy do serca Australii – Uluru. Dookoło czerwona ziemia i skały wraz z najsłynniejszą z nich Ayers Rock. Monolit skalny zakopany w ziemii na ponad 4 km i wystający na powierzchni na ponad 300 metrów. Obowiązkowa wycieczka dookoła monumentu o wschodzie słońca to ok.10 km. Zajmuje to w temperaturze ponad 40C prawie 3 godziny. Na godzinę spaceru trzeba być zaopatrzonym w litr wody. Skała zmienia swoją barwę wraz z ekspozycją świetlną.

Uluru to także centrum kultury aborygeńskiej. I tutaj duże rozczarowanie. Rdzenni mieszkańcy nie palą się do pracy. Zasiłek tygodniowy w wysokości 260A$ też ich do tego nie zachęca. Dochodzi do absurdalnej sytuacji gdzie tańce aborygenskie odgrywają młodzieńcy ze skandynawską cerą. Totalna cepelia. Zresztą tematyka społeczna w Australii to materiał na oddzielną opowieść.

Po drodze do Cairns zatrzymujemy się w Alice Springs. Taksówkarz z lotniska opowiada o rzece wzdłuż drogi. Na pytanie, gdzie ona jest odpowiada, że będzie zaraz po pierwszym deszczu. Ostatni był w marcu. Wtedy rzeka zalała drogę, a z dna powychodziły ryby i żaby. Co kraj to obyczaj.

Cairns to centrum wypadowe na Wielką Rafę Koralową. Po dwutygodniowej tułaczce zaznajemy uroków cywilizacji. Piękny pokój hotelowy z widokiem na Morze Koralowe stanowi super odmianę po codziennych zmianach lokalizacji i ciągłym pakowaniu. Zaczynamy delektować się każdym dniem jak emeryci. Do czasu. Wrodzone ADHD powoduje, że nastepnego dnia wybieramy się na wycieczkę do Kurandy. To miasteczko z czasów gorączki złota – poł XIXw. Zabytkowy pociąg z tego okresu wiezie nas przez ponad 20 mostów i kilkanaście tuneli na dystansie 34km. Podróż trwa nieco ponad 1,5h. Tempo zabójcze, ale widoki też. W Kurandzie spełnia się Izy marzenie. Trzyma na rękach koalę. Potem amerykańską amfibią z okresu II wojny światowej (znów powraca Pearl Harbour) jedziemy i płyniemy po terenach lasu deszczowego. To wyprawa w dżunglę. Powrót z Kurandy to godzinna podróż kolejką gondolową nad zmieniającym się krajobrazem lasu deszczowego.

Kolejny dzień to wypad na Green Island. Urokliwa wysepka (jak z filmu Błękitna Laguna). Mamy okazję oglądać rafę koralową z pokładu pólpodwodnego statku oraz łodzi ze szklanym dnem. Jest czas na kąpiel w Morzu Koralowym z fajką. Kolejne dni szybko mijają. Jesteśmy pod wrażeniem wielokulturowości tego narodu, tolerancji i optymizmu. Nikt nie narzeka. Nikt z mieszkańców nie wyobraża sobie życia poza Austarlią. Niestety pora wracać. Przy takiej pogodzie, sloneczku i 33C trudno uwierzyć córkom, że w Polsce są już przymrozki.

Dla Amerykanów Pearl Harbour było totalnym szokiem. Nie mogli się z niego otrząsnąć przez kolejnych kilka miesięcy oddając Japończykom inicjatywę w walkach na Pacyfiku. W tym czasie stracili Filipiny i szereg sąsiednich wysp. Sytucja zmieniła sie ponad pół roku później po bitwie o Midway. Każdy musi przeżyć swoje Pearl Harbour by czekać na Midway.

 

 

 

 

Dodaj komentarz
11 komentarze(y):
Wczytywanie wcześniejszych komentarzy
Wczytywanie listy