lis
10

Australia "my way" ...

Temat utworzony przez Elżbieta Cichońska


Australia "my way" ...


Byliśmy w tej Australii z Piotrem niby razem,  ale tak naprawdę zupełnie osobno, zatem umówiliśmy się, że on, jako naczelny kronikarz TTT, podejmie się trudu opisania podróży i maratonu, a ja dopiszę  coś w rodzaju suplementu. Zapraszam zatem wszystkich chętnych i nieznudzonych tematem do lektury.

Tak na początku, to mieliśmy pobiec razem, na luzie, bez zegarków, po prostu turystycznie. Minimum na New York Marathon 2015r do kwalifikacji w szybkiej grupie (w moim przypadku nie wolniej niż 03:35:00 w maratonie lub 01:42:00 w połówce) miałam zrobić na maratonie w Łodzi w kwietniu br., ale złapałam paskudną kontuzję (złamanie zmęczeniowe kości śródstopia), z którą pojechałam na maraton do Tokio (luty br.). Każdy miewa czasem swoje Pearl Harbour, choć w moim przypadku była  to raczej Golgota, ale okazało się, że człowiek zmotywowany może znieść wszystko. Przebiegłam ten maraton, całe 4 godziny i 8 minut walcząc z silnym bólem, a nogę „dołamałam” sobie na amen, więc o Łodzi mogłam pomarzyć. Czy było warto? Było – nauczyłam się  czegoś o sobie, ale drugi raz tego nie  zrobię. Jedna lekcja wystarczy! Cóż, rekonwalescencja potrwała 12 tygodni  i w maju powoli wracałam do treningów. Zostały mi zatem starty jesienne. Sprawa się skomplikowała, gdy „ugotowałam się” na półmaratonie w Tarczynie i do minimum zabrakło mi około dwóch minut  …

Obiecywałam sobie, że maratony wyjazdowe będę biegać na luzie, ale musiałam zmienić zdanie, gdyż  w Polsce ostatnią deską ratunku byłby półmaraton w Kościanie, dokąd niespecjalnie chciało mi się jechać,  zresztą stawianie wszystkiego  na jedną kartę nie jest moją ulubioną taktyką. Tak więc ustaliliśmy z Piotrem, że w Melbourne każdy robi swoje.

Przyjechaliśmy z Tedim do  Melbourne tydzień przed maratonem. Podróż była koszmarnie długa i strasznie dała w kość. Ochlapaliśmy się jakoś u znajomych i w poniedziałek znów na lotnisko – 3,5 godz lotu do Cairns. Tam 2 dni – pływanie na rafie i trening – drugi zakres w upale, potem zwiedzanie lasów deszczowych. We środę lot do Sydney (3 godz.)– dwa dni zwiedzania. W piątek po południu, tuż przed wylotem z powrotem do Melbourne (2 godz), ledwo chodziłam, tak mnie bolały nogi. Na szczęście kolega odebrał  mi pakiet startowy, więc zamiast zwiedzać expo mogliśmy się udać  w  sobotę na kolejną wycieczkę!!! J.

W pierwszym tygodniu długo walczyliśmy z jet lag’iem. W nocy jakoś spałam wspomagana melatoniną, ale po  południu padałam na twarz – w Polsce było wtedy ok. 6 rano, a więc pora powrotu z hucznych imprez J. Tak się w tym momencie czułam. Genialnego leku Immovane, który też miałam, nie odważyłam się łyknąć …

W sobotę wieczorem, przed maratonem, zaczęło mnie pobolewać gardło i pojawił się kaszel. Te loty długodystansowe i częste zmiany temperatur zrobiły swoje, ale na szczęście pojawiła się też moja przyjaciółka adrenalina, która podskoczyła, jak obejrzałam prognozę pogody. Miały być moje „wymarzone” warunki, tzn. bezchmurne niebo i upał 30 st. Straszyli 20 st. od 7 rano, ale na szczęście nie było tak źle, ale ja miałam z nerwów noc do tyłu.

Pobudka przed piątą rano i pośpiech, bo trzeba było dojechać na start ok 40 km.  Pojawił się jakiś korek, a więc chłopaki (mój mąż i kolega) wyrzucili mnie z samochodu i musiałam sobie dalej radzić sama. Odziana w gustowny worek na śmieci szłam tam, gdzie tłumy i jakoś to poszło. Odbyłam znany rytuał z sikaniem – tym razem nie poharatałam się w krzakach (Brawo! Brawo!J) i okrakiem przez parkanik w ostatniej chwili wpadłam do mojej strefy – „preferred start zone” tuż za elitą. Ponoć  grali hymn? Nic nie pamiętam, pewnie wiązałam wtedy buty na supeł.

Leciałam tuż poniżej 5’0/km, aby mieć zapas na wypadek dużego skoku temperatury. Starałam się zachować zimną krew i korzystać z  cienia oraz nawadniałam się na każdym punkcie. Na agrafkach wypatrywałam Piotrka. Widziałam Go 2, może 3 razy - w mojej ocenie wyglądał bardzo dobrze i wydawało mi się, że realizuje swój plan. Wypatrywałam też swoich chłopaków, którzy machali mi w paru punktach i strzelali fotki.  Trasa maratonu na długim odcinku biegła wzdłuż wybrzeża, była dość atrakcyjna, ale miała trochę niefajnych podbiegów. Ogólnie nie mam negatywnych uwag poza faktem, że na ok 10 km przed metą zmieszaliśmy się z półmaratończykami, którzy startowali godzinę po nas. Na szczęście po krótkim wspólnym odcinku zostali znów odsiani, a my zmierzaliśmy do mety w luźnej stawce. Nie zauważyłam braku oznaczeń kilometrów, poza ostatnimi  dwoma – faktycznie po 40. km nic nie było do mety. Po zamieszaniu na puncie nawadniania – izotonik i woda były bezbarwne i trzeba było uważać, co się leje na głowę – trochę zwolniłam i wtedy dogoniła mnie grupa na 3:30. Zaczęłam  biec z nimi, ale rozsądek mówił -  „odpuść, biegniesz na 3:35”. I stał się cud – posłuchałam J. Jak się zorientowałam, że zostały mi dwa kilometry do mety, a miałam zapas 15 minut, to zwolniłam i tak doleciałam świńskim truichtem. Cel  osiągnęłam, zrobiłam 03:31:29 –w sumie trzeci wynik w życiu. Byłam bardzo zadowolona.  Po odszukaniu chłopaków udałam się na spotkanie Piotrka. Szukałam też Izy. Cóż za zdziwienie – nie znalazłam żadnego z nich. Próbowałam dzwonić i zaczęłam się denerwować. SMS, który przyszedł, jak już wyjechałam z miasteczka,  wyjaśnił, co  się stało.

Jak mogę podsumować tę sytuację? No cóż … taka podróż to nie żarty, nie można wyjść z samolotu po 30 godzinach, otrzepać się i za półtorej doby pobiec maraton. Jestem przekonana, że Piotrek da sobie radę, wyleczy kontuzję i wróci szybko do biegania – szczerze mu tego życzę!

Moi znajomi, nie maratończycy, wymyślili, że po powrocie się wykąpię, coś zjemy i dalej, na wycieczkę w Góry Dandenong. Cóż było robić, wynegocjowałam kąpiel w wannie, potem szybki   lunch i jazda ! Dobrze, że  nie piłowałam się w końcówce!  Było warto się ruszyć. Byliśmy w jednym z najpiękniejszych ogrodów, jakie kiedykolwiek widziałam, z dwumetrowymi, bajecznie kolorowymi rododendronami. Do  Australii przyszła wiosna.

Podsumowując maraton w Melbourne trzeba by napisać, że wielkością odpowiada on warszawskiemu i  poznańskiemu. 37. edycję Medibank Melbourne Marathon ukończyło 6415 zawodników, z czego 6171 to byli Australijczycy. Europę reprezentowało zaledwie 48 osób (z czego co najmniej troje Polaków J). Średni wiek uczestnika oscylował w granicach 37 lat. Niezwykle interesujący jest fakt, że udział kobiet był na wysokim, 31% poziomie. Zwycięzca, Dominic Pius Ondoro z Kenii przybiegł na metę w czasie 02:11:30, a najlepsza z kobiet – Australijka Nikki Chapple osiągnęła wynik 02:31:04. Byłam 15. w kategorii wiekowej 45-49 lat na ok. 240  zawodniczek. Zwyciężczyni mojej kategorii wiekowej przybiegła w czasie zdecydowanie poniżej 3 godzin. Wyniki osiągnięte przez kolejne panie (same  Australijki) budzą respekt. To naprawdę bardzo wysportowany naród!

A potem się zaczęło. W poniedziałek temperatura w Melbourne spadła do 12 st.,  ale myśmy konsekwentnie realizowali „plan turnusu” J. Na efekty nie trzeba było czekać. Najpierw zaniemówiłam, potem wyplułam płuca, a lot z powrotem mnie dobił. Po przyjeździe wylądowałam na zwolnieniu i dostałam strasznie mocny antybiotyk, ale w miarę szybko doszłam do siebie (wiadomo – młody organizm J). Szkoda, że  choróbsko zepsuło mi drugi tydzień pobytu w Australii. Nie będę Was zanudzać. Piotrek dużo  napisał. Mnie  udało się zjechać całą Great Ocean Road i zobaczyć nie tylko 12 Apostołów, ale też London Arch i wiele innych… Nie udało się zobaczyć wielorybów w Warrnammboul, bo trzy dni  przed naszym przybyciem oddaliły się w bezkresny błękit oceanu …

Więcej szczegółów z mojego pobytu znajdziecie w styczniowym numerze miesięcznika „Bieganie”, w dziale Obieżyświat. Zapraszam do lektury.

Dodaj komentarz
7 komentarze(y):
Wczytywanie wcześniejszych komentarzy
Wczytywanie listy