lip
12

Mój mały krok w stronę biegów ultra, czyli "Jak ugryzłem TriCity Trail 80+"

Temat utworzony przez Przemek Romanów


Mój mały krok w stronę biegów ultra, czyli "Jak ugryzłem TriCity Trail 80+"

 10.07.2016r., godz 3:45, ciepło, pogodnie, na dworze już widno. W sam raz żeby dobrym, mocnym akcentem rozpocząć niedzielę. Wspólnie ze Zbyszkiem Mamlą, trzema kolegami z BNT oraz ponad setką pozostałych biegaczy wyruszamy dwoma autobusami spod szkoły w Wejherowie na linię startu pierwszego dla mnie ultramaratonu, która znajduje się w Gdańsku nieopodal lotniska Rębiechowo, tuż przy trójmiejskiej obwodnicy.
 Cały czas zastanawiam się, czy na pewno decyzja o starcie w tego rodzaju zawodach była przeze mnie poważnie przemyślana. Brak systematycznego treningu pod kątem tak wymagającego biegu (pospolite lenistwo), brak nawet jakiegokolwiek planu treningowego, którego mogłem się choć jako tako trzymać, bardzo mizerny rezultat w majowym 2.PZU Maraton Gdańsk - wszystko to prowadziło do prostej konkluzji - jest duża szansa, że to się nie uda. Czarę goryczy przelewał fakt, że nie udało mi się nawet przebrnąć przez zwięzłe kompendium ultramaratończyka, które otrzymałem w prezencie od Agnieszki na miesiąc przed startem... No i jeszcze kilka rzeczy, które uważałem za bardzo istotne, by mieć je w ekwipunku biegowym, ale w końcu z różnych przyczyn ich nie spakowałem. Cóż, pomyślałem sobie głośno przy piwku dzień wcześniej na rynku w Wejherowie z Agnieszką - jakoś to będzie! I zaraz przypomniał mi się fragment jednej z książek Scotta Jurek'a, który zrzymał się na wielu ultra-debiutantów myślących w ten sposób i nie zdających sobie sprawy, że taki dystans to jednak nie szybka "piątka" - tu nieprzygotowani zostaną w sposób naturalny wyeliminowani prędzej niż się spodziewają i oby bez uszczerbku na zdrowiu. Pocieszałem się, że trójmiejskie moreny to jednak nie są prawdziwe góry, mając nadzieję, że będą mi potrafiły wiele błędów wybaczyć.
  Od kilku miesięcy zupełnie straciłem animusz do szybkiego biegania po asfalcie. Zaczęło się prawdopodobnie najbardziej sztampowo jak mogło. Przeczytałem kilka żelaznych pozycji książkowych na temat biegania ultra, potem spróbowałem pobiegać po lasach, z dala od betonu i miejskiego zgiełku. W rezultacie w kąt poszły słuchawki z muzyką, która tylko przeszkadzała w integracji z leśnym otoczeniem. Kończąc jedną z wyżej wymienionych książek uznałem, że warto podjąć wyzwanie, a TriCity Trail wydawał się do tego idealnym sprawdzianem. Zapisałem się, obiecując sobie, że za kilka dni rozpocznę przygotowania. Jednak poza standardowymi, dość częstymi startami w zawodach na różnych dystansach oraz treningu na 50%, nic takiego nie wprowadziłem w plan. Na szczęście dla mnie szlak trójmiejskiego ultra potraktował mnie nad wyraz litościwie.
  Wracając do samego biegu, tuż po starcie poczułem się cudownie! Fantastyczne powietrze, niesamowity klimat imprezy, mnóstwo uśmiechniętych zawodników, 100% pozytywnego myślenia i przepiękne widoki, które z każdym kilometrem coraz bardziej zachwycały! Czułem wówczas dokładnie to co myślałem, że będę czuł czytając te wszystkie ultra-książki. Rozpierała mnie pozytywna energia!
 Miałem zamiar ciągnąć się od początku w tyle stawki, ale wystartowaliśmy wspólnie ze Zbyszkiem i tak już zostało przez większą część biegu.
 W tym miejscu należą się ogromne podziękowania Zbyszkowi, który poprowadził mnie przez ten szlak bardzo profesjonalnie, służył radą, doświadczeniem i nie pozwalał się za bardzo "podpalić", szczególnie w początkowej fazie biegu, a jednocześnie był wyrozumiały, gdy potrzebowałem mocno zniwelować prędkość. Już od około 30go kilometra czułem, że go spowalniam i zachęcałem, nalegałem, by ruszył swoim tempem. Trwał jednak przy mnie do momentu, w którym naprawdę poruszanie się moim ślimaczym tempem byłoby trudne do zniesienia dla osoby, dla której ultramaraton to niemal chleb powszedni. Zbyszku! Serdeczne dzięki za Twoje nieocenione wsparcie. Mój sukces to w dużej mierze Twoja zasługa :)
  Ostanie kilometry dały mi się mocno we znaki, więcej szedłem niż biegłem. Ale dzięki niezłej pierwszej części miałem tak duży zapas czasu, że na dobrą sprawę piechotą także udałoby się ten dystans ukończyć. Na cztery kilometry przed metą czekała mnie miła niespodzianka - to Agnieszka nie mogąc doczekać się mnie na mecie postanowiła wyjść mi naprzeciw :) Dzięki temu milej mi się człapało, by przez ostatnie dwieście metrów zmusić moje własne nogi do tego ostatniego wysiłku. I meta! Upragniona. Z niezłym, jak mi się wydaje, wynikiem w debiucie - 10:56:05 - po pokonaniu 83,5 km, udało mi się dołączyć do grona ultramaratończyków. Jestem bardzo zadowolony.
  Już dziś, mimo, że trudno mi jeszcze swobodnie się poruszać, a każdy ruch sprawia ból, z niecierpliwością wyczekuję najbliższego startu - 2. Ultramaratonu Powstańca w Wieliszewie (31.07.2016). Stawimy mu czoła wspólnie z Agnieszką, jako sztafeta. Planuję kolejne starty ultra. I to cieszy mnie najbardziej :)



Dodaj komentarz
17 komentarze(y):
Wczytywanie wcześniejszych komentarzy
Wczytywanie listy