lip
26

Big Five, czyli koniec maratońskiego podboju świata.

Temat utworzony przez Elżbieta Cichońska


Big Five, czyli koniec maratońskiego podboju świata.

Big Five
Terminem Big Five (Wielka Piątka) określa się piątkę najgroźniejszych zwierząt w Afryce, czyli słonia afrykańskiego, lwa, lamparta, nosorożca czarnego i bawoła. Nazwę tę nadali kiedyś myśliwi. Z kolei biegowa Wielka Piątka to wszystkie maratony rozgrywane poza Europą. Po Tokio i Melbourne w 2014r., Rio de Janeiro i Nowym Jorku w 2015r., przyszedł czas na wisienkę na torcie - Two Oceans Marathon w Cape Town (RPA), rozgrywany na dystansie 56 km. Było to przysłowiowe ukoronowanie mojego biegowego projektu podboju świata, na które czekałam z utęsknieniem. Tym boleśniej odczułam "strzał z boku " w postaci ostrego zapalenia oskrzeli w połowie lutego, a krótko potem zapalenia zatok. Skończyło się to dwoma pełnymi kuracjami antybiotykowymi, osłabieniem i wyjałowieniem organizmu oraz praktycznie brakiem treningu w momencie, gdy normalnie biegacze wchodzą  BPS! Mając na koncie maraton z połamaną nogą uznałam, że i tym razem dam radę... Postanowiłam jako tako się ogarnąć przed wyjazdem - miałam tydzień po odstawieniu leków - i przestałam mysleć o wyniku w kategoriach czasowych
Kapsztad (Cape Town) został założony w połowie XVII w. przez osadników holenderskich. Miasto to jest przepięknie położone u nasady Półwyspu Przylądkowego, który wbija się klinem we wzburzone wody Oceanu Atlantyckiego, a zakończony jest Przylądkiem Dobrej Nadziei, który kiedyś był uważany za granicę pomiędzy Atlantykiem i Oceanem Indyjskim. Obecnie jest to Przylądek Igielny, leżący ok 200 km na wschód od Cape Town. Nad miastem dominuje majestatyczna Góra Stołowa, jeden z nowych siedmiu cudów natury. Jej wierzchołek często ginie w chmurach, co jest efektem ścierających  się w okolicy ciepłych i zimnych prądów oceanicznych. 
Święto biegania w Kapsztadzie – Two Oceans Marathon - podobnie jak Wielkanoc ma ruchome daty i rozpoczyna się w Wielki Czwartek, kiedy to otwierane jest świetnie zorganizowane biuro zawodów i expo. W ciągu kilku dni odbywa się wiele imprez, w tym biegi rodzinne, trailowe i towarzyskie, natomiast w Wielką Sobotę startuje klasyczny półmaraton i ultra maraton. Trzeba oddać organizatorom, że cały proces rejestracji, a później komunikacja z uczestnikami przebiega szybko i sprawnie. Strona internetowa oraz profile w mediach społecznościowych są na światowym poziomie.
Start ultra maratonu, poprzedzony wywołującym ciarki na plecach hymnem śpiewanym przez chór Zulusów, nastąpił tuż przed świtem. Stawiło się na nim ponad 11 tysięcy zawodników. Od momentu strzału startera rozpoczęła się rywalizacja o życiówki i medale w kolorach uzależnionych od osiągniętego czasu brutto. Na pierwszych 10 mężczyzn i 10 kobiet na mecie czekał złoty medal, a na pozostałych biegaczy odpowiednio: srebrny za czas poniżej 4 godzin, specjalny medal Sainsbury (wydany na cześć legendarnego dyrektora biegu Cheta Sainsbury, który zmarł miesiąc przed zawodami) za czas do 5 godzin, brązowy za przybycie na metę poniżej 6 godzin i niebieski dla reszty zawodników. Warto zauważyć, że limit czasu to 7 godzin i dokładnie wtedy zamykana jest meta, i nie ma wyjątków - nawet jeżeli do ukończenia biegu zabrakło sekund, jest dyskwalifikacja.
Ultra maraton Two Oceans jest reklamowany przez organizatorów jako najpiękniejszy na świecie. Uważam, że nie ma w tym ani cienia przesady! Trudna i malownicza trasa zaczyna się w Newlands naprzedmieściach Kapsztadu, a po kilkunastu kilometrach dociera po raz pierwszy do oceanu wzdłuż wschodniego brzegu Półwyspu Przylądkowego. Następnie, na wysokości leniwych miejscowości wypoczynkowych – St. James, Kalk Bay i Fish Hoek, kieruje się na zachód przecinając masyw Góry Stołowej i pnie się w górę przepięknie położoną serpentyną z widokiem na ocean aż do Chapman’s Point, gdzie zaczyna się zbieg do Hout Bay po drugiej stronie półwyspu. W miejscowości tej (po zaliczeniu dystansu klasycznego maratonu) trasa rozpoczyna kolejny, znacznie trudniejszy 4 kilometrowy podbieg na Constantia Nek, po prawej stronie mijając piękne winnice, a  po lewej łańcuch Dwunastu Apostołów (skalne szczyty w ramach Góry Stolowej). Ostatnie 10 kilometrów to niemal cały czas zbieg, który bardzo daje się we znaki nieźle już na tym etapie obolałym mięśniom czworogłowym, ale na osłodę wiedzie on przez zielone tereny koło pięknych Ogrodów Kirstenbosch. Finisz biegu znajduje się na błoniach kampusu University of Cape Town u podnóża Diablego Szczytu. Moim zdaniem organizacja biegu była wzorowa. Na gęsto utkanych punktach odżywczych była dostępna woda i izotonik w jednoazowych woreczkach (genialne rozwiązanie!) oraz Coca-Cola w kubeczkach, a czasem drobne przekąski. Jedyne zastrzeżenia można mieć do zbyt małej liczby toalet na trasie i chaosu informacyjnego w strefie mety (nie udało nam się odaleźć z Tedim pomimo wcześniejszego umówienia się - strefa spotkań została zorganizowana zupełnie inaczej, niż opisano w folderze infomacyjnym). Organizatorzy nie zadbali też o pogodę! Na szczęście temperatura była znośna i nie padało w trakcie zawodów, ale nad oceanem i na ostatnich kilometrach trzeba było walczyć z bardzo silnym, zimnym wiatrem, który dosłownie zrywał biegaczom czapki z głów.
Moja taktyka podczas biegu (z uwagi na problemy zdrowotne) była prosta: „przeżyć!”. Udało mi się dotrzeć na metę w czasie netto tuż poniżej 05:49:30, co dało 3883. miejsce w generalce. Okazuje się, że po mnie przybiegło dokładnie 5000 uczestników! W biegu startowało 6 zawodników z Polski, w tym dwie panie, finiszujące wśród puli rodaków na pozycji 2. i 3.(autorka).  Zwycięzcy ultramaratonu to Mike Fokoroni (Zimbabwe) – 3:13:33 i Caroline Wöstman (RPA) – 3:44:44.
Drugi etap naszej afrykańskiej wyprawy obejmował zwiedzanie atrakcji Kapsztadu, w tym muzeum apartheidu na Robben Island, gdzie znajduje się więzienie, w którym 18 lat spędził prezydent Nelson Mandela. Dla złagodzenia wrażeń udaliśmy się w degustacyjną wyprawę po winnicach regionu Stellenbosch i Franschhoek oraz do malowniczego kurortu Hermanus, gdzie zimą tłumnie przybywają wieloryby. Tylko Góra Stołowa okazała się niedostępna, z uwagi na warunki pogodowe, ale wynagrodził nam to trzydniowy pobyt w Parku Narodowym Krugera (okolice Johannesburga), gdzie w naturalnych warunkach w końcu mogliśmy obejrzeć słynną wielką piątkę zwierząt afrykańskich. Odbyliśmy kilka wycieczek z przewodnikami oraz samotny rajd samochodem przed park, kiedy to mogliśmy przeżyć niezapomniane emocje, gdy majestatyczne słonie czy żyrafy przecinały nam drogę tuż przed maską samochodu. Na pamiątkę przywiozłam setki zdjęć oraz chęć powrotu do Afryki.
Chodzi mi po głowie ultramaraton Comrades. Okazuje się, że łączy go z moim wyjazdem podobny wątek, tzn Big Five. Tym razem dotyczy to pięciu wzgórz do pokonania na 90 kilometrowej trasie. Zatem - do roboty !


 

Dodaj komentarz
7 komentarze(y):
Wczytywanie wcześniejszych komentarzy
Wczytywanie listy