sie
09

Antarctica Marathon 2016

Temat utworzony przez Piotr Smoleński


Antarctica  Marathon 2016

                                                      Antarctica  Marathon 2016

 

Uwielbiam podróżować i lubię biegać. To pierwsze nie przemija, a z tym drugim mam okresy, kiedy muszę się zresetować i totalnie wypocząć. Zwłaszcza po mocnych przygotowaniach do rekordowych  maratonów. W momentach kiedy zaczynam tęsknić za bieganiem, zaczynam marzyć. Zaczyna się od podróży ołówkiem na mapie,szukania tanich połączeń lotniczych i tak dalej.

Cztery lata temu pomysł na ten maraton zrodził się w mojej głowie podczas wirtualnych biegów po świecie. Maraton na Antaktydzie – są zapisy. Zaliczka – stało się. Nie ma obaw - to za cztery lata, wszystko się może zdarzyć. Czas płynął i wszystko stawało się coraz bardziej realne. Na rok przed startem przygotowania były już coraz bardziej konkretne – logistyka, a przede wszystkim ubranie. Szczególnie bałem się o odmrożone w dzieciństwie dłonie. Kilkanaście wizyt w Sklepach Podróżnika, dla wysokogórskich wędrowców,buty trailowe, niezawodna bielizna z wełny merynosa i byłem gotów.

Przelot do Buenos, odbiór z lotniska, zakwaterowanie w świetnym hotelu, programy fakultatywne, zwiedzanie, generalna odprawa –wszystko zorganizowane przez Marathon Tours – amerykańską agencję odpowiedzialną za całe przedsięwzięcie. Super i bez zastrzeżeń.

Po trzech dniach lecimy do Ziemi Ognistej – Ushuaia. Kilkanaście kilometrów dalej jest już tylko Przylądek Horn. Potem Cieśnina Drake`a i po dwóch dniach brzegi Antarktydy.

W odstępie dwóch dni płyną 2 statki badawcze pod banderą rosyjską czarterowane przez amerykańską agencję One Ocean Expedition.

Ja trafiam na pierwszą jednostkę o nazwie Akademik Vavilow. Dzień po nas wyrusza bliźniaczy Akademik Ioffe. Obydwa lodołamacze są specjalnie przygotowane na tego typu wyprawy. Mają specjalne systemy stabilizacji, pełen sprzęt badawczy pozwalający schodzić na wodę, Zodiaki –specjalne pełnomorskie pontony wykorzystywane przez amerykańskich marines ( 16w pełnym uzbrojeniu) zbudowane z pięciu niezależnych od siebie komór powietrznych. Prawie niezatapialne – potrafią płynąć nawet na trzech przebitych pływakach. Do dyspozycji są kłady i kajaki – jak się potem okazuje najwieksza atrakcja wyjazdu.

Dwa dni na statku podczas pokonywania ponad 1000 mi lCieśniny Drake`a to niezwykle wypełniony czas. Posiłki, dwa wykłady do południa, dwa po południu. Teraz okazuje się  ,że wyprawa ma głównie charakter naukowo-poznawczy. Nasz bieg ma być jedynie dodatkiem. To zgodne z międzynarodową konwencją zabraniającą eksploracji Antarktydy pod kątem turystyki, przemysłu wydobywczego, zbrojeń etc. Poza tym poznajemy sprzęt do zejścia na ląd, zasady bezpieczeństwa, próbne alarmy z ewakuacją do kapsuły ratunkowej (kosmiczna technologia) etc.

Okazuje się, że jestem jedyną osobą swobodnie  rozmawiającą  po rosyjsku z załogą. Mam chody u kelnerek  ;-)   Doświadczam ekskluzywnej wycieczki po wszystkich zakamarkach jednostki w towarzystwie głównego mechanika, a prywatna rozmowa z kapitanem na mostku jest mocno komentowana nawet przez ekipę One Ocean Expedition. Jednym słowem mam chody. Rosjanie wypytują mnie o Amerykanów i na odwrót.

Nadchodzi dzień startu. Przechodzimy pełną odprawę startowo-sprzętową.

Na lądzie nie możemy zostawić nawet ziarenka piasku z naszych butów startowych, bo normalnie dostaniemy wodery przeznaczone i używane jedynie na Antarktydzie. Każdy but, każda podeszwa jest skrupulatnie sprawdzana, myta i czyszczona. Zgodnie z konwencją na lądzie nie możemy zostawić nic, co ma związek z innym lądem. Nie można wziąć bananów, produktów zawierających ziarna etc.  Mamy żele i butelki z piciem kupione jeszcze w Argentynie. Wszystko policzone i oznakowane.Nic nie może zostać na lądzie.

Co by nie mówić jestem pod wrażeniem amerykańskiej organizacji tej imprezy – zarówno pod kątem bezpieczeństwa, fachowości, wiedzy, jak i punktualności.

Dokładnie o 9.00 rusza start na Wyspie Króla Jerzego. To nie jest jeszcze stały ląd – tam znajdziemy się dopiero następnego dnia. Wyspa leży poniżej 60 równoleżnika szerokości południowej co formalnie wyznacza już tereny Antarktydy. Trasa to agrafka o długości 7 km zakręcająca po 3,5 km i wyznaczona na terenie bazy rosyjskiej, chilijskiej i chińskiej. Mamy ją pokonać sześciokrotnie. Na tej samej wyspie znajduje się też polska Baza Arctowski –położona ok 20 kilometrów dalej. Tak więc na doping nie ma co liczyć. Pogoda wspaniała. Temperatura ok. 0 C. Lekkie słońce. Koniec lata. Trasa zmrożona po nocy. Mocno pagórkowata, crossowa i kamienista. Po bokach defilują pingwiny. Wzeszłym roku czas ok. 4 godzin dawał miejsce na pudle. Teraz wiem, że trzeba pobiec znacznie szybciej.

Od początku krystalizuje się czołówka – Francuz, Amerykanin,Brytyjczyk, Afrykanerka, Nowozelandczyk, Argentyńczyk, a potem ja. Na pierwszych kilometrach odjeżdżają jak Pendolino. Po połówce agrafki tracę ich zoczu. Co gorsza gubię trasę i nagle znajduję się środku rosyjskiej bazy. Panika i szybki powrót. Wreszcie widzę kogoś przed sobą. Stwierdzam, że teraz już nie odpuszczę i  zawsze muszę mieć kogoś przed sobą na oku.

Na drugiej agrafce doganiam Argentyńczyka (później strasznie zapłaci za początkowy zryw i przybiegnie ponad godzinę za mną). Widzę Afrykanerkę i to mnie podnosi na duchu. Stopniowo zbliżam się, mijam i myślę już o połowie dystansu. Jest nieźle. Tempo bardzo stabilne, tętno też. Jedynie górki przypominające cross na Bielanach stają się coraz bardziej wymagające.

Czwarta  pętla to stopniowe zbliżanie się do Nowozelandczyka – bardzo sympatycznego faceta,globtrotera, naukowca z którym często spędzałem czas podczas posiłków.

Na piątej piątej pętli zająłem myśli przeliczaniem swojej straty do poprzedzających mnie zawodników. Francuz był poza zasięgiem – wygrał w nieprawdopodobnym na tę trasę czasie 3.15.24 jednym z najlepszych w historii tego biegu. Drugi Amerykanin przebiegł w czasie 3.38.04 i zwyciężył w mojej kategorii wiekowej. Trzecie miejsce z czasem 3.38.26 przypadło rewelacyjnemu Brytyjczykowi (lat 61).

Mnie udało się ukończyć bieg na czwartym miejscu z czasem 3.46.06. W ogólnym podsumowaniu startujących z dwóch statków byłem na 9 miejscu i 3 w kategorii wiekowej. Niestety oprócz medali maratońskich organizator nie przewidział nagród za kategorie wiekowe. Nie ma to jak nasza Klubowa Mila :-)   Kolejne dni  to napawanie się nieprawdopodobnym pięknem Antarktydy. Słowa nie wystarczą. Pamiętam jedynie takie najważniejsze flesze.Najpierw był to pierwszy widok góry lodowej. Nie białej, a błękitnej – te mają minimum 800tys. lat i barwę związaną z zawartymi w lodzie substancjami i gazami.

Nie zapomnę widoku humbaka, który wynurzył się z wody 10 metrów od naszego Zodiaka i ciekawością obserwował obce istoty.

Podczas kolejnego zejścia na wodę zobaczyliśmy kilka metrów od siebie wylegującą się na krze lodowej fokę. Patrzyła się na nas z takim samym zaciekawieniem jak my na nią.

Wiele razy schodziliśmy na ląd obserwując zwykłe życie pingwinów. To my czuliśmy się intruzami, a one były całkowicie pochłonięte własnymi kłótniami, gonitwami, karmieniem młodych i zalotami.

Pamiętam widok foki polującej na pingwiny.  Z sukcesem. A potem rozszarpującej upolowanego pingwina jeszcze w wodzie.

Atrakcją jest spotkać albatrosy – niezwykłe ptaki pokonujące rocznie ponad milion kilometrów dzięki niespotykanej umiejętności szybowania.Po wykluciu i odchowaniu przez rodziców przez sześć lat nie zbliżają się do lądu. Ich rozstaw skrzydeł to prawie 3 metry.

Największą frajdę sprawiło mi pływanie kajakiem po fiordach Antarktydy. Wszystko genialnie zorganizowane z zachowaniem wszelkich reguł bezpieczeństwa.

Cały rejs trwa 10 dni podczas których jest czas na świetne multimedialne wykłady na temat całej otoczki ekologicznej Antarktydy. Z najwyższego piątego pokładu obserwacyjnego można nie wychodzić. W zasięgu ciepła herbata, kawa, wieczorem także inne atrakcje.

Na czwartym pokładzie prosto z sauny można wyjść na powietrze i troszkę ochłonąć.

Dzięki znajomości z bosmanem miałem też okazję poznać życie rosyjskich moriaków, delektując się w ich kajucie świeżo złowionymi rybami i kawiorem, wszystko to okraszone ……….  No cóż było już po maratonie więc "celebration time come on".

Z perspektywy ponad pół roku, mogę powiedzieć, że był tomaraton i podróż życia.

 

 

Dodaj komentarz
4 komentarze(y):
Wczytywanie wcześniejszych komentarzy
Wczytywanie listy