sie
19

"Chudy Wawrzyniec", czyli Zeus gromowładny na gościnnych występach w Beskidzie Żywieckim.

Temat utworzony przez Przemek Romanów


"Chudy Wawrzyniec", czyli Zeus gromowładny na gościnnych występach w Beskidzie Żywieckim.

3:30
  Przekornie uśmiecha się do mnie taka informacja z ekranu telefonu. Po trzech godzinach snu (więcej z różnych przyczyn się nie udało wysupłać) ruszam wraz z innymi ultra-zapaleńcami busem z pogrążonych w objęciach Morfeusza Ujsoł na linię startu w Rajczy. Jest ciepło i pogodnie. Plecak jak zwykle zapakowałem "na zaś". Sporo waży, wypchany do granic możliwości głównie za sprawą kurtki przeciwdeszczowej. Ponieważ jednak hołduję zasadzie "przezorny zawsze ubezpieczony" jestem z tym faktem pogodzony i nie przejmuję się zbędnymi najprawdopodobniej dodatkowymi kilogramami ani trochę.

3:51
  Rajcza. W roli wczesnoporannego espresso zagrzewający do walki Krzysztof Dołęgowski z dużą swobodą wprawia czekających na start biegaczy w bojowy nastrój. Prognoza intensywnych opadów na około 9:00 wydaje się tak samo nierzeczywista jak fakt, że będzie to lekki bieg.

4:02
  Start zostaje opóźniony o dwie minuty z uwagi na przejazd  pociągu, którego nie było w planach, ale postanowił się pojawić (początek trasy krzyżuje się z traktem kolejowym). Zaraz potem impuls, komenda i start w efektownej asyście w postaci szpaleru różowych (tak mi się zdaje) ogni rac. Endorfiny, adrenalina, ciarki na całym ciele i z szerokimi uśmiechami na ustach kilkuset zapaleńców rusza w mrok ujsolskich ulic.

4:15
  Za nami raptem kilka kilometrów wiodących asfaltówką. Jesteśmy nieco zdziwieni błyskiem flash’y, bo to przecież nie jest w żadnym razie spektakularna część trasy. Hm… To nie Piotr Dymus, to nie Karolina Krawczyk, nie jest to także ekipa Fotomaratonu. Po chwili jesteśmy już pewni, że nie kto inny jak aura daje znać o sobie. Jeszcze nie grzmi. Jeszcze...

5:12
  Po nieco ponad godzinie biegu  większość z nas nie ma już skrawka suchego odzienia na sobie. Niebo mruczy majestatycznie, co chwilę błyska i traktuje nas ulewą mniej więcej w systemie 20 minut opadu / 10 minut pauzy.



  Gdy tylko przychodzi świt i nieco dłuższa chwila oddechu od ulewy,  naszym oczom ukazuje się ujmująca panorama beskidzkich szczytów osnutych czarno-granatowymi chmurami tworzącymi front atmosferyczny. To już pewne! Trasa wiedzie wprost ku niemu. Nikt nie ma wątpliwości, iż tegoroczny "Chudy Wawrzyniec" zapowiada się z niezwykle efektownie!




6:04
  Spotkanie z frontem atmosferycznym budzi raczej skojarzenie z udziałem w swego rodzaju batalii. Czy to aby nie innego rodzaju front? Kanonada piorunów i towarzyszących im potężnych grzmotów nieustannie kieruje moje myśli ku rozterce czy człowiek jest w stanie przeżyć rażony piorunem. Egoistycznie pokrzepiam się myślą, że stawka jest jeszcze przecież na tyle ścisła, iż gromowładny Zeus, który zdaje się postanowił wybrać się na wakacje w Beskid Żywiecki, by nieco odetchnąć od greckich upałów, ma spory wybór spośród biegnących w moim sąsiedztwie.
Ostatecznie stwierdzam, że naprzemienne zakładanie i zdejmowanie kurtki, która już tylko z nazwy przypomina przeciwdeszczową, nie ma sensu i tylko mnie opóźnia. Ląduje zatem w plecaku i w tam pozostaje aż do powrotu do domu.
Biegnie się płynnie, lekko i przyjemnie. Opady nie dokuczają, a w moim przypadku dziś są wręcz sprzymierzeńcem. Powietrze, choć wilgotne, wyzbyło się zupełnie tropikalnych cech dnia wczorajszego. Płynę, a co znamienne, ze mną większa część trasy - dosłownie– bowiem szlak spływa potokiem! Mimo tego jest wspaniale!
Na około 35 km kończy mi się woda w plecaku. Dziwne. Nigdy wcześniej tak szybko jej nie wypijałem, a jest przecież tylko niespełna 20 st. Celsjusza. Chwilę potem zaczynam odczuwać pragnienie. Nie dobrze. To oznacza kłopoty w dalszej fazie rywalizacji.

8:45
  Melduję się na punkcie żywieniowym na Przegibku, do którego wiedzie trasa w formie bez mała kilometrowej agrafki, co przeoczyłem zapoznając się z przebiegiem trasy przed startem. Dlatego frapują mnie dość poważnie biegacze zmierzający w kierunku przeciwnym do mojego (czyżbym się zgubił?) doputy, dopóki nie docieram na"popas". Tam się uspokajam - kierunek jest prawidłowy. Uzupełniam płyny i ich zapas. Będąc amatorem rarytasów nierzadko pojawiających się w takich miejscach, staram się posmakować wszystkich moich ulubionych dostarczycieli kalorii, nie tracąc przy tym ani jednej zbędnej sekundy. Mimo tego, jak się później okazało, jagody ze śmietaną przytrzymują mnie i tak trochę zbyt długo wtej lokalizacji.


8:51
  Ruszam dalej i tym razem ja mam przyjemność informowania zdezorientowanych nadbiegających na agrafce, że to prawidłowy kierunek. Chwilę potem odczuwam nagły przypływ zmęczenia. Do mety już niedaleko (dziś mierzę się z dystansem 50km+), lecz jaczuję się zupełnie innym biegaczem niż przed kilkunastoma minutami. Oho! Rozpoczyna się prawdziwe współzawodnictwo.
A tu, jak na złość, zupełnie na przekór moim naiwnym oczekiwaniom, podejścia stają się bardziej strome niż dotychczas (a może to tylko wrażenie spotęgowane przez narastające zmęczenie organizmu?). W końcu jednak osiągam jeden z psychologicznych celów pozwalających od tego momentu myśleć o trasie jako nieustannie opadającej – to rozwidlenie dystansów 50+ i 80+. Zerkam z radością, że to nie ja i jednoczesnym uznaniem na tych, którzy odbijają w prawo, po czym zgarniam czerwoną  opaskę na nadgarstek z logo "Chudego" (jak dla mnie to idealny gadżet zamiast medalu, pamiątka dokładniemoim guście) i dostaję w ten sposób +50 punktów do mocy. Cisnę w dół odliczając każdy kilometr dzielący mnie od mety. Ostatni odcinek to na przemian mgła,deszcz, mgła, kapuśniak, znów mgła i nieliczne chwile bez tych zjawisk.

 

     Pamiętam o uwadze organizatorów w opisie trasy, że zdobywanie Muńcoła to trzykrotne wrażenie, że to już ten moment, zanim naprawdę osiągnie się szczyt. Sprawdziłem. Potwierdzam :)
     Dalej lekko nie jest, bo niby już tylko z górki (mijam nawet specjalny napis rzeczący dokładnie w te słowy do mijających go śmiałków), ale na zbiegach nogi straciły całą swoją sprężystość. Boli, więc zwalniam, choć przecież możnaby tutaj urwać cenne sekundy. Zbieg utrudnia dość mocno kamienisty szlak.



10:59
  Ostatni kilometr przez Ujsoły mimo zmęczenia mija w aurze serdecznych pozdrowień kibiców i przypadkowych (eee…, takich tam chyba nie ma!) przechodniów. Dodają otuchy, gratulują. To zawsze wsparcie na wagę złota.

11:05
  Widzę już znajomy mostek, tuż za nim metę. Stawiam pierwsze kroki na drewnianej konstrukcji (napis wykonany przez orgów "Cholernie ślisko!!!" nie jest w tym miejscu przypadkowy). Rozglądam się w lewo, w prawo. Wartki potok, oklaski obecnych na mecie, uścisk dłoni Krzysztofa Dołęgowskiego. Wpadam w objęcia mojej ukochanej Agnieszki i jest upragniony koniec! W takich chwilach czuję, że żyję! A szczęście polega na tym, że można je wielokrotnie mnożyć. Chociażby dodając 30 km do tegorocznego dystansu w przyszłym roku w tym samym miejscu :)




  Dziękuję wszystkim,którzy przyczynili się do tego, że miałem możliwość i przyjemność wziąć udział w "Chudym Wawrzyńcu" 2017.

Przemek Romanów
Trucht Tarchomin Team



Dodaj komentarz
6 komentarze(y):
Wczytywanie wcześniejszych komentarzy
Wczytywanie listy