sie
28

Tatranska Selma Ultra - mój pierwszy raz w Tatrach na biegowo :-)

Temat utworzony przez Zbigniew Mamla


Tatranska Selma Ultra - mój pierwszy raz w Tatrach na biegowo :-)

Tatranska Selma - słowacka alternatywa dla Biegu Ultra Granią Tatr.
Do Zdziaru jechałem lekko stremowany. Nigdy wcześniej nie biegałem po Tatrach a to co widziałem miesiąc temu podczas tatrzańskich wędrówek nie napawało mnie jakimś szczególnym optymizmem. Wiedziałem, że będzie trudno, jednak nie spodziewałem się, ze aż tak. Dystans 55 kilometrów i 3100m+ łatwo przełknąć na papierze, gorzej gdy trzeba te kilometry przeczłapać po twardej tatrzańskiej skale.
Już sam odbiór pakietów w biurze zawodów był pierwszym testem dla ultrasów. Zanim dopuszczono nas do stolika z pakietami startowymi musieliśmy przejść wstępną kwalifikację. Człowiek o wyglądzie syryjskiego terrorysty sprawował pieczę nad baterią kolorowych butelek z alkoholem o zróżnicowanym natężeniu i pilnował by każdy z nas zaliczył test na ultrasa. Najgorsi zaliczali test na 17% natomiast prymusi osiągali wynik 67%. Napiszę tutaj tylko jedno - ekipa z Tarchomina wstydu nie przyniosła. Test zdaliśmy i mogliśmy cieszyć się z odebranych pakietów. W piątkowe popołudnie czuć było już przedstartowe napięcie, które jeszcze podkręcił na wieczornej odprawie w szkole dyrektor zawodów. W sobotę nad Tatrami miał przechodzić front atmosferyczny co zapowiadało dodatkowe atrakcje.
W sobotę rano szybkie śniadanko i wraz z Pawłem i Kamilem pakujemy się do podstawionych przez organizatora autokarów. Ruszamy o 6:30 i po godzinie jazdy docieramy na start, który usytuowany jest w miejscu nieistniejącej już Vażeckiej chaty. Do zaplanowanego na 8.00 startu mieliśmy jeszcze sporo czasu. Ostatnie przedstartowe czynności, krótka odprawa i prawie 200 zawodników staje na linii startu. Finałowe odliczanie i rozpoczyna się jazda. Dosłownie. Zawodnicy pędzą pod górkę wąską dróżką. Trudno tu wyprzedzać, więc każdy stara się trzymać w stawce i nie odpuszczać. Po dwóch kilometrach mamy już zrobione ponad 200 metrów do góry w mocnym tempie, na tyle mocnym, że część biegaczy zaczyna odstawać. Nie czuję się jakoś dobrze z tym początkowym zapieprzaniem, ale zaciskam zęby i trwam w grupie. Z lipcowych wędrówek wiem, że od 3 kilometra będzie i szerzej i łatwiej. Szlak biegnie lekko w dól i do Strbskiego Plesa trzymam zawrotne jak na mnie tempo 5min/km. Biegnie mi się super. Po mękach pierwszych kilometrów w końcu łapię fajny rytm. Na pierwszym punkcie z wodą w Strbskim Plesie (9 kilometr) jestem po 50 minutach biegu. Zostaje tu tylko kilka sekund, napełniam bidony wodą i dalej staram się żwawo poruszać po szlaku. Za Strbskim Plesem szlak lekko wznosi się na Trigan by ponownie lekko opaść do Popradzkiego Plesa (14 km). Chyba nieźle mi idzie bo tabliczki z czasem dla turystów pokazują tutaj czas przejścia 1:15 h a mi udaje się dobiec do popradzkiego schroniska w 35 minut. Tutaj pakuję w siebie żel i zaczynam wspinaczkę na Siodełko pod Ostrwą. Dochodzi 10.00, robi się gorąco. Do tego to podejście... Wyobraźcie sobie 500 metrową ścianę z szlakiem biegnącym jodełką. Raz w lewo raz w prawo i tak dziesiątki razy. A wierzchołka jak nie widać tak nie widać. Pojawia się po ponad 30 minutach napierania a gdy chce się już unieść w geście Rocky'ego ręce do góry na szczycie okazuję się, że jeszcze mamy przed sobą kawał szlaku do góry. Coś około 200 metrów w gorę. Masakra. Na szczęście przyjemnie wieje i jest odrobinę chłodniej. Nic dziwnego osiągnęliśmy dzisiaj po raz pierwszy pułap 2000 m npm. I nawet fajnie się tu biegnie po dużych kamulcach. Przez chwilę czuję się jak otyły kamzik (ale zawsze kamzik) :-) Mijam Batiżovskie Pleso i zbiegam do Sląskiego Domu przy Velickim Plesie. Tutaj na 25 kilometrze mamy pierwszy punkt z jedzeniem. Napycham się czym mogę, uzupełniam bidony i dalej w drogę. Mijają 3 godziny i 40 minut biegu, do kolejnego punktu na Hrebienoku mam 6 km i 1:20 h do limitu. Już wiem, że tylko nieszczęście może spowodować to, że w tym limicie się nie zmieszczę. Trasa początkowo mocno kamienista tuż przed punktem zmienia się na bardziej przyjazną do biegania co skrzętnie wykorzystuję. Na Hrebienioku jestem po 4 godzinach i 32 minutach. Czuję ulgę, bo naprawdę balem się tego limitu. Napełniam bidony wodą i ruszam dalej. Teraz droga w przeważającej części pnie się do góry i jest mega kamienista. Do tego zaczyna zmieniać się pogoda. Nadal jest gorąco, ale znad gór coraz częściej i śmielej wychylają się czarne chmury. Mimo zmęczenia staram się trzymać równe tempo. Perspektywa deszczu i burzy jest dla mnie dodatkowym motywatorem. Na Skalnate Pleso (37 km) docieram jeszcze suchą nogą. Dalej wspinam się na Wielką Świstowkę (2038m) i tutaj dopada mnie pierwszy deszcz. Zakładam kurtkę - deszcz deszczem, ale na gorze wieje jak cholera. Chwila nieuwagi i leżę z lekko skręcona nogą. Tego mi jeszcze brakowało. Na szczęście mogę napierać dalej, choć noga boli już do samego końca. Ok 40 kilometra zaczyna się stromy zbieg. Przepraszam - zejście. Po takiej trasie biegają pewnie tylko kozice. Zresztą trudno biec trzymając się łańcuchów. Jakoś udaje mi się sturlać do Chaty przy Zielonym Plesie. Za mną 42,9km, przede mną jedzonko i picie. Rosół, bezalkoholowe piwko i inne przekąski stawiają mnie na nogi. Może zbyt długo tu siedziałem, ale mam ogromny sentyment do tego miejsca i mogłem chwilkę powspominać dawne czasy. Po 7 godzinach i 40 minutach od startu ruszam na ostatni odcinek biegu. Wydawało mi się, że teraz to już z górki i na mecie będę mógł pochwalić się dziewiątką z przodu na liście wyników. Myliłem się i to bardzo. Na Vysne Kopskie Sedlo (1933m) wdrapałem się nawet bardzo sprawnie, sporo biegnąć. Było przyjemnie zimno, szczyty otuliła mgła tak, że niewiele widziałem. Przede mną był już tylko zbieg do Zdziaru, zbieg który okazał się koszmarem. Nigdy tak wolno nie zbiegałem (czytaj schodziłem). Padał deszcz a śliskie wapienne skały i błoto dopełniły czaru goryczy. Leżałem kilka razy a sprawujące się świetnie na skale Adidasy Terex Traimakery tutaj na błocie nie dawały wsparcia. Rozbity łokieć, zakrwawiony piszczel i skręcona noga to najmniejszy wymiar kary jaki dostałem od Tatranskej Selmy. Mimo, że ostatnie 2 kilometry pocisnąłem to nie udało się już powalczyć o złamanie 10 godzin. Trochę szkoda. Na pocieszenie pozostała fajna walka na ostatnich metrach ze słowackim biegaczem (wygrana) i 132 miejsce na 150 osób które skończyły w limicie (prawie 50 osób nie ukończyło zawodów). Czas 10:04:57 - no cóż postaram się go kiedyś poprawić :-).
Podsumowując - Tatranska Selma (55 km - 3100m+) to jeden z najtrudniejszych biegów w jakim uczestniczyłem. Cieszę się, ze wróciłem cały bez większych dolegliwości. Takiego szczęścia nie miał jeden z biegaczy - zabrany helikopterem z rozbitą szczęką i nosem tuż przed punktem na 31 kilometrze. Tatry są piękne a bieganie po nich choć trudne wciąga. Wrócę tutaj na pewno

Dodaj komentarz
13 komentarze(y):
Wczytywanie wcześniejszych komentarzy
Wczytywanie listy