maj
03

Weekendowy Kazachstan

Temat utworzony przez Piotr Smoleński


Weekendowy Kazachstan

Na weekend do Kazachstanu. No dobra, trochę przedłużony weekend – od piątku wieczorem do wtorku rano. A wszystko przez mojego niesamowitego kompana – Marka, który kiedyś zadzwonił do mnie z propozycją wspólnej wycieczki biegowej do Kazachstanu. Zastanawiałem się dosłownie kilka sekund i decyzja była podjęta. Frapował mnie przede wszystkim kierunek eskapady i fakt, że praktycznie nic nie wiem o tej części świata. Ałmaty Marathon wypadał w dogodnym terminie końcówki kwietnia, jeszcze przed urlopowym szczytem, tak więc można było też liczyć na niższe koszty całej podróży. Do Ałmat, największego miasta Kazachstanu dotarłem liniami Aeroflot. Do Moskwy 2 godziny, później dwugodzinny tranzyt i następnie 5 godzin lotu do Azji. Biorąc pod uwagę 4 godzinną różnicę czasu wyglądało to tak, że wylot był w piątek wieczorem o 18-tej a przylot w sobotę o 8 rano czasu miejscowego. Jak ktoś potrafi spać w samolocie to można jakoś przeżyć. Po dotarciu na lotnisko byłem strasznie ciekawy jak odnajdę się w tym kraju. Marek, który przyleciał dzień wcześniej udzielił mi kilku cennych wskazówek. Przede wszystkim nie korzystać z usług lokalnej mafii taksówkowej. Wymienić drobną sumę na lokalną walultę Tenge (bardzo prosty przelicznik, bo 100 Tenge to 1 złoty) i wsiąść do miejskiego autobusu linii 92, który za 80 Tenge – 0,80 PLN!!!!!!!!! zawiezie nas do centrum pod sam hotel. W autobusie poznałem rajdowe zapędy tutejszych kierowców. Przynajmniej 3 razy szliśmy na czołówkę, 5 razy niemal doszło do obcierki, za to na rondach i skrzyżowaniach wyraźnie górowaliśmy z uwagi na gabaryty pojazdu. To wtedy właśnie tląca się jeszcze we mnie nadzieja na wypożyczenie samochodu absolutnie wyparowała. Nasz hotel znajdujący się o rzut beretem od maratońskiego Expo to swego rodzaju kwintesencja tego kraju. Wiele gwiazdek, standard jak za wczesnego Gierka ( a może późnego Gomułki, choć tego nawet ja nie pamiętam) i fantastyczna cena. Ze śniadaniem ok. 100zł. Samo centrum. Odbiór pakietów i sama oprawa miasteczka maratońskiego na światowym poziomie. Prelekcje multimedialne, wolontariusze płynnie mówiący po angielsku, sprawny odbiór pakietów, stoiska z biegowymi gadżetami i wszystko co sami znacie z innych maratonów. Widać, że głównymi sponsorami tej imprezy – maraton, półmaraton, bieg na 10km i biegi dziecięce są największe tutejsze banki. A Kazachstan to już i potencjalnie w krótkiej perspektywie bardzo bogaty kraj. Tutaj znajdują się złoża minerałów z niemal całej tablicy Mendelejewa. Drugie pokłady uranu na świecie, podobnie jeśli chodzi o aluminium, złoto, gaz i ropę. Tutaj benzyna w przeliczeniu kosztuje 1,50 PLN. No dobra – maraton, w naszym przypadku półmaraton. Wiadomo do maratonu trzeba z respektem, natomiast półmaraton można z rozpędu. Tak więc zupełnie na luzie, bez rozpoznania profilu trasy. Tak po prostu – pobiegniemy, a później zwiedzanie. I tutaj było niezłe zaskoczenie. Po włączeniu Garmina okazało się, że start jest na wysokości 850mnpm. Pierwsze 8 km to nieustanna wspinaczka z przewyższeniem niemal 150m do wysokości niemal 1000m npm. Temperatura powyżej 25C. My mamy do pokonania tylko jedną pętlę. Maratończycy dwie i już im współczuję. Dośc powiedzieć, że najniższy punkt trasy to 814m npm. Ostatnie 2,5 km przed metą to znów niezła wspinaczka. Biegnę po 3 miesięcznej przerwie i zaledwie miesiącu treningu. Spodziewałem się troszkę swobodniejszego biegu. Dość powiedzieć, że barierę 3 godzin złamało 10 zawodników, a 50-ty pobiegł poniżej 3,30. Na trasie w sumie sympatycznie. Ogólnie Kazachowie to bardzo miły naród, z sympatią odnoszący się do przybyszów. Są niezwykle gościnni, uśmiechnięci i skłonni do pomocy. Mimo iż, jest to kraj muzułmański, to ich islam jest na wskroś nowoczesny, powiedziałbym europejski. Nie słychać muezinów, nie widać meczetów. Kobiety nie noszą chust i jest zakaz zakrywania twarzy. W biegach uczestniczy mnóstwo pań o świetnej figurze, której nawet nie starają się ukryć. Po ulicach chodzą pary trzymające się za rękę i z pewnością nie będące małżeństwem. Na ulicach można wpaść do knajpki, zjeść miejscowe, bądź międzynarodowe potrawy i popić piwem. Ot, taki naturalny ``zachodni islam``. A co po biegu? Marek, meloman i miłośnik opery zabiera mnie na koncert. Opatrzność nade mną czuwa, bo chce iść na ``Don Kichota``, ale tego dnia nie wystawiają. Trafiamy na sympatyczny koncert multiinstrumentalistów, a ja mam satysfakcję ,że tego dnia nie tylko kultura fizyczna ??. Zaczynamy globtroterską część podróży. Chcemy pochodzić po Ałmatach i trochę pozwiedzać. Trafiamy na Kok Tobe. To kolejka gondolowa na pobliskie wzgórze – ponad 1200mts skąd roztaczają się bajeczne widoki na pobliskie góry 2500 – 3000mts npm. z ośnieżonymi wierzchołkami. Panorama obejmuje też całe Ałmaty z kompleksem obiektów sportowych zbudowanych z myślą o zimowej Uniwersjadzie. Trudno oprzeć się dziwnemu wrażeniu – z jednej strony lato z temperaturami prawie 30C, a zaraz niedaleko 10km na płd-wsch iście alpejski zimowy krajobraz. Tutaj ma się wrażenie dwóch pór roku. Zimą temperatury dochodzą do -30C, a latem sięgają niemal +40C. Samo miasto nie powala. Jest bez wyrazu. Kilkadziesiąt lat temu zostało strasznie zniszczone w wyniku trzęsienia ziemi. Stąd brak tu starówki czy jakiejś namiastki historycznego centrum. Odbudowane na bazie klasycznej siatki prostopadle krzyżujących się ulic tylko na mapie może przypominać Nowy Jork. W istocie przytłacza szara nieciekawa zabudowa sowieckich czasów Chruszczowa. Coraz bardziej dociera do nas, że aby poznać Kazachstan trzeba się stąd jak najszybciej wyrwać. Trafiamy na sympatycznego tubylca który oferuje nam swoje usługi jako driver i przewodnik w jednej osobie. W dodatku za rozsądną cenę swoją 24 letnią Toyotą Camry obiecuje dotrzeć do Kanionu Szaryńskiego, gdzie ponoć dojechać można jedynie jeepami. Nic tylko doczekać do jutra. Nasz kierowca Yarmool – każe nazywać się Yarik zaskakuje przede wszystkim punktualnością. Jest przeuroczym gadułą i skarbnicą wiedzy o Kazachstanie. Ruszamy w 250km trasę do Kanionu Szaryńskiego. Mamy dwie opcje – albo nowo zbudowaną autostradą w kierunku granicy z Chinami, albo starą szosse jak wskazują napisy. Chcemy jak najwięcej wyciągnąć z tej podróży, posmakować trochę prowincji czyli decydujemy się na dłuższy wariant prowadzący przedmieściami Ałmat i okolicznymi przysiółkami. W oddali bielą odbijającego się w słońcu śniegu towarzyszą nam majestatyczne góry oddzielające Kazachstan od od Kirgizji. Pejzaż powoli się zmienia, staje się coraz bardziej surowy. Zieleń ustępuje stepowi, potem robi się szaro. Sprawdzam wysokość – jest 1200m npm., a wszędzie płasko. Nagle Yarik skręca w lewo, kończy się asfaltowa droga i jedziemy naszą 25-letnią Camry po polnej drodze stepem. Okna obowiązkowo zamknięte, kurz nieprawdopodobny. Na zewnątrz temperatura blisko 30C, a my jak klatce , bo Camry nie ma klimy. Na szczęście to tylko 10km odcinek do szlabanu oznaczającego wjazd na teren Panku Narodowego. Wkraczamy na teren Kanionu Szaryńskiego o długości ponad 150km i wysokości ścian dochodzących do 200metrów. Nie sprawdzałem, ale wszystkie opisy mówią, że jest drugim na świecie po tym słynnym z Kolorado. Yarik dowozi nas na wszelkie najpiękniejsze punkty widokowe z widokiem z góry. Potem ostrzega o skorpionach, wężach i daje wolną rękę na 6 km trekking w dół. Ruszamy. Widoki zapierają dech w piersiach. W pewnym momencie proszę Marka o postój i oszałamia mnie cisza. Po prostu pierwszy raz w życiu słyszę ciszę. Nie dobiega nas żaden odgłos – szumu w oddali, wiatru. Pełna cisza – dudniąca w uszach. Do momentu , gdy dolatują jakieś owady, nawet nie wiadomo gdzie, bo ich nie widać. Skały tworzą coraz bardziej zwariowane, oszałamiające kształty. Idziemy i jak natchnieni chcemy robić zdjęcia. Łapię się na tym, że tę samą skałę fotografuję z pięciu stron i za każdym razem ma inny kolor w zależności od kąta padania promieni słonecznych. Po trzech kilometrach docieramy do Yurta Village. Przepiękna dolina z przełomem rzeki Charyn, gdzie każdy może z własnym namiotem przenocować. Dla bardziej wymagających są zbudowane bungalowy. Centrum stanowi coś na kształt schroniska, knajpki i idealnego miejsca do pogadania z lokalsami. I to zawsze stanowi clou programu. Rozmawiamy z Rosjaninem z kazachskim paszportem pracującym w Bajkonurze. Rodzina prowadząca tu interes wypytuje nas co jest powodem, że Polacy tak chętnie tu przyjeżdżają? Jesteśmy zaskoczeni. Tak, okazuje się, że Polacy to najbardziej liczna nacja odwiedzająca to miejsce. Przekonujemy się o tym z Markiem wracając do samochodu spotkawszy grupkę Polaków. Potem sesja fotograficzna w jurtach. To oczywiście na użytek turystów. Sądzę, że niewiele ma wspólnego z życiem prawdziwych Nomadów. Tym bardziej wzrasta moja ciekawość. W naszych głowach kroją się plany kolejnego wyjazdu. Może Mongolia? Czas mija. Trzeba wracać. Kupujemy wodę i kolejna sesja fotograficzna, tym razem popołudniowa. Spotkanie z Yarikiem na szczycie wąwozu. Zanim dotrzemy do autostrady czas na obiad. Mamy ochotę na zatrzymanie się w jak najbardziej tubylczej, niewytwornej jadłodajni. Yarik zatrzymuje się we wsi zamieszkałej przez Ujgurów. Coś tam słyszałem o tej nacji, ale ciekawy jestem co sądzi na ich temat rodowity Kazach. I teraz dopiero zaczyna się prawdziwa rozmowa. Ujgurzy to niewielki krnąbrny naród marzący o swojej własnej państwowości. Chińczycy, na terenie których wiele lat zamieszkali rozprawili się z Ujgurami szybko i drastycznie. Wtedy postanowili przekroczyć granicę i zamieszkać na terenie Kazachstanu. Tu jednak nie mieli ochoty na asymilację i pozostają w dość napiętych stosunkach ze swoimi gospodarzami. Jadłodajnia do której trafiamy czerwonym wystrojem wnętrz oraz małymi pokoikami stanowiącymi intymne miejsca konsumpcji przypomina bardziej dom publiczny. No cóż – co kraj to obyczaj. Jadłospis też jest raczej mało urozmaicony. Króluje mięso, a przede wszystkim szaszłyki. Pod każdą postacią i w nieprawdopodobnych ilościach. Jako, że kraj muzułmański, głównie baranina i wołowina. Jeśli chodzi o warzywa to raczej ubogo. Czyli wegetarianie strzeżcie się. Pozostaje powrót do hotelu. 200km, a Yarik dopiero się rozkręca. Chce rozmawiać na wszystkie tematy dotyczące życia zarówno w Polsce jak i u siebie. Zaskakuje mnie pytaniem – jak u was wyglądają wesela? Ilu jest uczestników? To tak jakby odpowiedzieć na pytanie ile kosztuje samochód. Nie pozwala mi się wykręcić – powiedz minimum i maximum. Odpowiadam od 30 do 200 osób. Na to on – u nas minimum to 500 , ale czasami jest nawet 2000 znajomych. Rozmowa coraz bardziej schodzi na tematy społeczne. Yarik tłumaczy, że w Kazachstanie żyją typowi Kazachowie – oni są konserwatywni, nie pozwolą np. na mieszane małżeństwa oraz tzw. Gorodcy, czyli mieszkańcy miast, gdzie swoboda zwyczajów i obyczajów jest dużo większa. Ma to odzwierciedlenie także w fizjonomii. Typowi Kazachowie typem urody przypominają Mongołów, Chińczyków, podczas, gdy w miastach spotkać można wiele osób o mieszanym azjatycko – europejskim typie urody. Yarik, a jak to jest z twoimi dziećmi? – pytam. Przecież one urodziły się już w Ałmatach – czyli Gorodcy. Nie – odpowiada, dopiero ich dzieci będą gorodcami. My z żoną urodziliśmy się na prowincji, na wsi, dlatego moje dzieci są Kazachami i nigdy nie poślubią nie – Kazacha. Przecież miłość nie wybiera. To co zrobisz? Dociekam. Dziecko Kazacha jest zawsze posłuszne rodzicom odpowiada. No i wszystko jasne. Takich rozmów jest mnóstwo, aż do samego końca. To już poniedziałek wieczór, gdy docieramy do hotelu. Marek zostaje jeszcze dwa dni. Ja, we wtorek o 5 rano mam już samolot. W głębi duszy zazdroszczę mu tych jeszcze kilkudziesięciu godzin, które spędzi na zwiedzaniu Jeziora Wielkoałtajskiego i myszkowaniu po atrakcjach Ałmat. No cóż, w moim przypadku od samego początku miał to być jedynie przedłużony weekend w Kazachstanie.

Dodaj komentarz
4 komentarze(y):
Wczytywanie wcześniejszych komentarzy
Wczytywanie listy