wrz
27

Święto biegacza czyli MARATON WARSZAWSKI :)

Temat utworzony przez Tomasz Leś


Święto biegacza czyli MARATON WARSZAWSKI :)

 
Relacja Tomka:



 
Maraton to dla mnie wielkie wydarzenie. Jest to bardziej symboliczna walka z własnymi słabościami, aniżeli przebiegnięcie na czas danego odcinka.  To już mój drugi maraton albo zaledwie drugi. Myśląc „już drugi”, spodziewałem się mniejszych emocji niż za pierwszym razem. Pierwszy raz zawsze zapada w naszej pamięci najgłębiej. Rok temu bardzo solidnie się przygotowywałem do maratonu. Nie wiedziałem jak zareaguję na tak długi dystans. Na treningach przebiegałem zaledwie do 30 kilometrów. Ale czy złapie mnie ściana, czy nogi wytrzymają – to była wielka niewiadoma, która podsycała już i tak wielkie emocje. Wszystko to spowodowało,że bardzo dobrze wspominam zeszłoroczny maraton.
 Wczorajszy Maraton 26 września 2010 pokazał mi, że zawsze może być jeszcze lepiej i jestem pewien, że to on zapadnie mi w pamięci najdłużej.
Na starcie byłem lekko zdekoncentrowany. Jeszcze nie docierało do mnie, że zaraz trzeba będzie przebiec ponad 42 km.  Czułem się na siłach, będąc bardziej skupionym niż podekscytowanym. W pewnym momencie usłyszałem wystrzał startera. Nawet przegapiłem odliczanie! Tymczasem już trzeba było ruszać.
Pierwsze kilometry są zawsze łatwe, ale i zdradliwe. Dzień wcześniej powiedziałem sobie, że spróbuję zaatakować 4 godziny. Był to jak najbardziej realny cel , ale na pewno niełatwy. W okolicach 3 kilometra dogoniłem pacemakera na 4 godziny. Tempo było lekkie i czułem, że mogę szybciej. Ale zaraz! Przecież to dopiero początek, nie ma co szaleć. Od tego momentu biegłem własnym tempem, troszkę oddalając się i wyprzedzając 4:00. Na 12 km przegoniłem 3:50. Pamiętam, że rok temu w tym momencie miałem przypływ energii i przyśpieszyłem. Za bardzo. Podobnie było i tym razem, więc wyciągając wnioski trzymałem dalej stałe tempo. Okolice 16. km to apogeum mojego dobrego samopoczucia. Przegoniłem pacemakera na 3:45 i czułem się bardzo dobrze. W tym momencie powiedziałem sobie jednak: koniec! Jeszcze dużo przede mną. Od tego momentu trzymałem się blisko 3:45. Na 20 km pojawiły się pierwsze lekkie oznaki zmęczenia oraz łapanie niewielkich skurczy. Teraz rozumiałem, że dobrze, że dalej nie przyśpieszałem. Od tego momentu było coraz gorzej. Nadal miałem siły, więc co jakiś czas robiłem kilka skipów, aby pozbyć się skurczy. Zbliżał się 30. km. Widziałem, że to będzie ciężki moment. Bóle narastały wraz ze zmęczeniem – coraz mniej sił na rozluźnienie mięśni. Goniec na 3:45, obok którego cały czas biegłem, krzyknął „Panowie! Teraz zaczyna się Maraton!”.  Bóle mięśni w obu nogach były już naprawdę duże. Zmęczenie nie pozwalało mi tracić sił na dodatkowe ruchy. Trzeba było biec.  Zacząłem się oddalać od 3:45 – niestety zwalniałem.  Czarne myśli, żeby stanąć, pojawiały się coraz częściej. Pomagało mi myślenie o miłych innych wspomnieniach, które odrywały mnie od tego koszmaru. 36. kilometr był piekłem. Ból mięśni i skurcze powodowały, że czasami noga sama mi odchodziła na bok. Ogromne zmęczenie i nadal sporo przede mną. Co jakiś czas pacemakerzy gwizdali. Około 38. km usłyszałem za sobą właśnie taki gwizd! Był to ostatni dźwięk jaki chciałem usłyszeć! Okazało się, że królik na 3:50 goni mnie, a to oznaczało, że zwalniam. Zacisnąłem zęby i dołączyłem do grupy. O ile na 10 km te tempo było lekkie, teraz wydawało mi się, że pędzili jak szaleni. Co chwilę ktoś rezygnował i stawał do marszu. Bardzo nie chciałem, żeby to i mnie spotkało. Znów myślami się odrywałem,choć niebyło już to takie proste – ból i zmęczenie zaraz sprowadzały mnie na ziemię, a dokładnie na 40. km, który był w zasięgu moich oczu. Widać było punkt z wodą. Pacemaker krzyknął, żeby nie pić – to i tak nic nie da, a tylko stracimy siły. 41. kilometr był niesamowity! Wiedziałem, że to już zaraz koniec, a jednocześnie tak dużo. Przecież nawet można by się doczołgać do mety, może więc warto stanąć?  Takie pytania kłębiły się w głowie co chwilę. Kibice krzyczeli i zagrzewali do walki. We mnie, jak i moich towarzyszach biegowych, ciężko było znaleźć choćby iskierkę nadziei. Jedyną osobą, która była pełna optymizmu, był pacemaker na 3:50 , wytrenowany w boju cały czas do nas krzyczał. Po biegu przypadkiem go spotkałem i uścisnąłem dłoń w podziękowaniu, gdyż to on w końcowych 3 kilometrach mnie ciągnął. Nasz dowódca krzyknął: „To grzejemy!”. Racja! Nie ma co. Im szybciej dobiegnę tym, szybciej skończy się ból. Ostatni zakręt i prosta. Tłumy kibiców, ja i moje nogi, które teraz nie należały do mojego ciała. Zawsze na końcówce udaje się wykonać ten ostatni ruch. Biegłem już tylko głową, bo nogi żyły własnym życiem. 300m..200,100 Gdzieś w tłumie wśród oklasków rozpływał się krzyk „Tomek!”  Niestety nic nie słyszałem, była tylko meta. I jest! Emocje trzymam w sobie, o skakaniu z radości nie ma mowy. Zamykam oczy i wiem, że jestem bardzo szczęśliwy!


 Tak jak powiedziałem na wstępie, maraton to walka z własnymi słabościami. Nie liczy się wynik tylko sam udział. Każdy z ponad 3 tysięcy maratończyków przechodził podobne problemy jak ja. Gratuluję wszystkim tej walki. Jesteście wielcy!



(fot. medale: Dorota Świderska. Wojtek Szota http://www.maratonczyk.pl/content/view/2154/14/)

Dodaj komentarz
8 komentarze(y):
Wczytywanie wcześniejszych komentarzy
Wczytywanie listy